środa, 6 kwietnia 2016

27

Rozdział 27

 Udaję się na poszu­kiwa­nie Wiel­kiego Być Może ~ François Rabelais

 

Postanowiłam zaprzyjaźnić się z prawdą.  Raz na zawsze. Raz a dobrze. Chcę w końcu odnaleźć odpowiedzi na każde pytanie, które postawiłam sobie od dzieciństwa. Od ,,gdzie jest Bóg?", poprzez ,,czy nasze pochodzenie ma znaczenie na nasz charakter?", aż po ,,co do cholery robić?". I to ostatnie jest bodaj najtrudniejsze. Bo jestem  w ślepej ulicy. Mam prawie 30 lat, wciąż mieszkam z człowiekiem, który zaadoptował mnie z dobroci serca, nie mam żadnego porządnego wykształcenia, zakochuję się na raz w trzech facetach (z czego jeden jest gejem, drugi transgenderowcem. Nie ma co, ja to mam świetny gust!) i jeszcze marudzę. Dziś ostatecznie pogadam zarówno z Adamem jak i z moim biologicznym ojcem. Zapowiada się iście cudowne popołudnie, czyż nie?

Wsiadam z czarnowłosym do wielkiego, terenowego samochodu Brian'a. Lambert strasznie się grzebie, jakby chciał opóźnić to, co ma się wydarzyć.

- Tak czy siak tam pojadę. Z tobą, czy bez ciebie. - mówię do niego. Widzę, że powoli wypuszcza z płuc powietrze, jakby szukając w tym rozwiązania. Czegoś, co mógłby powiedzieć, żebym zrezygnowała. Żebym nie jechała.(przypomnienie - biologiczny ojciec Anthony miał mieć wizytę w talk show)

- Anth... - zaczyna. Jego palce zaciskają się na kierownicy. - Anth... Moja droga, kochana, głupia Anth... Po co? Daj mi tylko powód - jeden maleńki, dlaczego wleczesz się dla tego starucha na koniec miasta, skoro on...

- Wiem o co ci chodzi. Po co się nim przejmuję, skoro on olał mnie i Lucy? Chce uzyskać wyjaśnienia.

Chłopak milknie. Naciska pedał gazu i auto wytacza się na asfaltową ulicę. 

- Na pewno? - zerka na mnie z wahaniem. W jego oczach jest ta sama niepewność, którą dostrzegłam podczas naszego pierwszego spotkania.

- Tak. Na sto procent. - uśmiecham się. Po chwili jedziemy po rozgrzanej od letnich promieni słońca ulicy. Włosy Adama wyjątkowo nie sterczą dziś pod wpływem tony lakieru, z oczu zmył tradycyjny makijaż, a sceniczne kreacje zastąpił dżinsami i koszulką. Aż miło popatrzeć na tak naturalnie wyglądającego Lamberta. Nadzwyczajny widok. Nagle przypominam sobie o tym, czemu chciałam go wziąć ze sobą. Właściwie mogłam sama wsiąść w samochód i znaleźć tego całego Christiana, nazywającego się moim ojcem, ale miałam w planach rozmowę z dawnym przyjacielem. 

- Mam dla ciebie dobrą radę. - mówi nagle chłopak. - Twoje życie jest jak jazda autem. Jedziesz cały czas na przód, do jakiegoś określonego celu. I musisz się wpatrywać w to, co jest przed tobą. Masz zawsze lusterko, do którego możesz zerknąć aby dostrzec, co zostawiłaś w tyle. Ale pamiętaj, nie można ruszać się naprzód, wciąż wgapiając się w przebyte już kilometry.

Raz po raz otwieram usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie umiem wydobyć z siebie dźwięku. Zaskoczył mnie. Trafił w punkt. To był mój największy problem. Czasami miałam ochotę wyrwać te okropne lusterka, żeby przestać stać w miejscu. Ale nie potrafiłam. To było silniejsze ode mnie. 

- A ty jak jeździsz swoim samochodem? - udaje mi się w końcu wykrztusić.

- Ja? - Adam uśmiecha się do mnie. - Bez trzymanki. I pod wpływem alkoholu. - żartuje.

- A co, jeżeli zdarzyłby się wypadek? - mierzę go wzrokiem. Mimochodem wciskam się głębiej w skórzane oparcie fotela.

- Ważne, żeby nie skrzywdzić tego, siedzi na miejscu dla pasażera. Niestety to mi się już zdarzyło i od tej pory jeżdżę nieco bezpieczniej. - następuje wymowna cisza. Każde z nas rozumie o co chodzi. O ten pamiętny pocałunek, po którym nastąpiła, że tak to określę - seria niefortunnych zdarzeń.

- Dobra koniec tych życiowych dyskusji. Powiedz jaki jest nasz plan. 


- Słuchaj Adam, mamy dużo czasu, a ja jeszcze chciałabym z tobą pogadać. - autostrada przed nami przemienia się w leśną drogę. Kto by pomyślał, że tak przyjemnie można dojechać do miejsca, w którym nagrywają te talk show. - Postanowiłam iść na studia. 

- Ty?! - pyta Lambert, po czym dochodzi do niego, że to nie było zbyt grzeczne. - W sensie... super! Naprawdę, tylko to takie... niespodziewane. Jaki kierunek? - nadal jest mocno zdziwiony.

- Myślałam o kryminalistyce. - przyznaję zgodnie z prawdą.

- Bo... Lucy? - domyśla się chłopak. Kiwam głową na znak potwierdzenia. - Ależ Anthony... Ja w pełni popieram to, że chcesz się dalej kształcić, że idziesz na studia... ale podporządkowałaś swojej siostrze całe swoje życie. Może zrób coś dla siebie? - w jego głosie słyszę troskę.

- Ja to robię dla siebie. Jeżeli ja nie rozwiążę tej sprawy, będę się zadręczać aż do śmierci. Ja chcę wiedzieć, Adam. Chcę znać odpowiedź. Czemu? Czy zrobiła to sama? Czy to była jej decyzja? Jak tak, to czym była spowodowana? A jak nie, to kto ją zabił? - wyrzucam z siebie potok słów. - W takim razie, po co on to zrobił? Jak można chcieć śmierci innego człowieka? - pytam z wyrzutem w głosie. Auto zatrzymuje się. Czuję dłonie na moich policzkach. Dłonie Adama. I natychmiast wraca to wspomnienie. Zamykam oczy.

- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze? Tak? Anthony, słyszysz mnie? Halo... - głos chłopaka już do mnie nie dociera. Wysiadam z auta. Chyba wbrew własnej woli. Idę przed siebie. Czuję jak ktoś mnie łapie za dłoń. Lambert. Ciągnie mnie za sobą.

- Musisz mi dokładnie wszystko opowiedzieć. Wszystko. - zaczyna. - Czy ty nie masz depresji? - mówi, gdy już docierają do mnie bodźce z otoczenia. On się martwi. Ile osób się kiedykolwiek o mnie martwiło? 

- Nie, nie mam. - odpowiadam twardo. Jestem pewna, że nie mam.

- Zachowujesz się... jak nie Anthony. - spogląda mi w oczy. - A przynajmniej jak nie ta Anthony, którą znam.

- Zmieniłam się.

- Zmieniłaś.

- Czy to źle? - pytam. Boję się, że tak. Chryste, boję się. 

- Nie. Ale to co robisz ze swoim życiem jest toksyczne. I obawiam się, że dużo w tym mojej winy. Przez to, że prowadziłem auto bez trzymanki, a ty dałaś się namówić na przejażdżkę. - spuszcza głowę. 

- Dużo ludzi jeździło ze mną bez trzymanki, wiele ludzi miało wypadki, ja byłam ich świadkiem. Ale patrz Adam, stoję tu przed tobą, jestem w stanie się uśmiechać, jestem w stanie śpiewać, jestem w stanie tańczyć. Nic więcej nie potrzebuję. Tylko weź już ze mną zostań. Chociaż na tydzień. Pomóż mi to wszystko uporządkować, bo ja... nieźle rozpieprzyłam sobie świat. - Lambert spogląda na mnie ze swoich 185-ciu centymetrów. Jego twarz wyraża wszelkie emocje naraz - od wściekłości po troskę. 

- Prosisz mnie o pomoc. Jesteś bardzo odważnym człowiekiem

 

 

Dzisiaj króciutko - ale w ogóle coś jest! Prawda? Pierwszy rozdział od... 2 miesięcy. I to na takim, powiedzmy, przyzwoitym poziomie :) Dajcie znać, czy Wam odpowiada.


5 komentarzy:

  1. Ty to masz lekkie pióro. Piszesz rewelacyjnie. Tak dalej. Kiedyś wydasz swoje książki, coś tak czuję :) Poziom bardzo wysoki!!!! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. odpowiada? dziewczyno, BAA pisz pisz! ;)) XD Choć ze mną na rolki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam twoje pióro! Pisz pisz. Rewelacja! Pozazdrościć tylko talentu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej!

    Przybyłem powiadomić Ciebie o nominacji Twojego bloga do tego całego LBA :D

    Szczegóły u mnie!

    P.S. Boski rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej!

    Mam przyjemność poinformować, że Twój blog został nominowany przeze mnie do LBA :)
    Szczegóły na cory-and-emma.blogspot.com

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń