środa, 6 kwietnia 2016

27

Rozdział 27

 Udaję się na poszu­kiwa­nie Wiel­kiego Być Może ~ François Rabelais

 

Postanowiłam zaprzyjaźnić się z prawdą.  Raz na zawsze. Raz a dobrze. Chcę w końcu odnaleźć odpowiedzi na każde pytanie, które postawiłam sobie od dzieciństwa. Od ,,gdzie jest Bóg?", poprzez ,,czy nasze pochodzenie ma znaczenie na nasz charakter?", aż po ,,co do cholery robić?". I to ostatnie jest bodaj najtrudniejsze. Bo jestem  w ślepej ulicy. Mam prawie 30 lat, wciąż mieszkam z człowiekiem, który zaadoptował mnie z dobroci serca, nie mam żadnego porządnego wykształcenia, zakochuję się na raz w trzech facetach (z czego jeden jest gejem, drugi transgenderowcem. Nie ma co, ja to mam świetny gust!) i jeszcze marudzę. Dziś ostatecznie pogadam zarówno z Adamem jak i z moim biologicznym ojcem. Zapowiada się iście cudowne popołudnie, czyż nie?

Wsiadam z czarnowłosym do wielkiego, terenowego samochodu Brian'a. Lambert strasznie się grzebie, jakby chciał opóźnić to, co ma się wydarzyć.

- Tak czy siak tam pojadę. Z tobą, czy bez ciebie. - mówię do niego. Widzę, że powoli wypuszcza z płuc powietrze, jakby szukając w tym rozwiązania. Czegoś, co mógłby powiedzieć, żebym zrezygnowała. Żebym nie jechała.(przypomnienie - biologiczny ojciec Anthony miał mieć wizytę w talk show)

- Anth... - zaczyna. Jego palce zaciskają się na kierownicy. - Anth... Moja droga, kochana, głupia Anth... Po co? Daj mi tylko powód - jeden maleńki, dlaczego wleczesz się dla tego starucha na koniec miasta, skoro on...

- Wiem o co ci chodzi. Po co się nim przejmuję, skoro on olał mnie i Lucy? Chce uzyskać wyjaśnienia.

Chłopak milknie. Naciska pedał gazu i auto wytacza się na asfaltową ulicę. 

- Na pewno? - zerka na mnie z wahaniem. W jego oczach jest ta sama niepewność, którą dostrzegłam podczas naszego pierwszego spotkania.

- Tak. Na sto procent. - uśmiecham się. Po chwili jedziemy po rozgrzanej od letnich promieni słońca ulicy. Włosy Adama wyjątkowo nie sterczą dziś pod wpływem tony lakieru, z oczu zmył tradycyjny makijaż, a sceniczne kreacje zastąpił dżinsami i koszulką. Aż miło popatrzeć na tak naturalnie wyglądającego Lamberta. Nadzwyczajny widok. Nagle przypominam sobie o tym, czemu chciałam go wziąć ze sobą. Właściwie mogłam sama wsiąść w samochód i znaleźć tego całego Christiana, nazywającego się moim ojcem, ale miałam w planach rozmowę z dawnym przyjacielem. 

- Mam dla ciebie dobrą radę. - mówi nagle chłopak. - Twoje życie jest jak jazda autem. Jedziesz cały czas na przód, do jakiegoś określonego celu. I musisz się wpatrywać w to, co jest przed tobą. Masz zawsze lusterko, do którego możesz zerknąć aby dostrzec, co zostawiłaś w tyle. Ale pamiętaj, nie można ruszać się naprzód, wciąż wgapiając się w przebyte już kilometry.

Raz po raz otwieram usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie umiem wydobyć z siebie dźwięku. Zaskoczył mnie. Trafił w punkt. To był mój największy problem. Czasami miałam ochotę wyrwać te okropne lusterka, żeby przestać stać w miejscu. Ale nie potrafiłam. To było silniejsze ode mnie. 

- A ty jak jeździsz swoim samochodem? - udaje mi się w końcu wykrztusić.

- Ja? - Adam uśmiecha się do mnie. - Bez trzymanki. I pod wpływem alkoholu. - żartuje.

- A co, jeżeli zdarzyłby się wypadek? - mierzę go wzrokiem. Mimochodem wciskam się głębiej w skórzane oparcie fotela.

- Ważne, żeby nie skrzywdzić tego, siedzi na miejscu dla pasażera. Niestety to mi się już zdarzyło i od tej pory jeżdżę nieco bezpieczniej. - następuje wymowna cisza. Każde z nas rozumie o co chodzi. O ten pamiętny pocałunek, po którym nastąpiła, że tak to określę - seria niefortunnych zdarzeń.

- Dobra koniec tych życiowych dyskusji. Powiedz jaki jest nasz plan. 


- Słuchaj Adam, mamy dużo czasu, a ja jeszcze chciałabym z tobą pogadać. - autostrada przed nami przemienia się w leśną drogę. Kto by pomyślał, że tak przyjemnie można dojechać do miejsca, w którym nagrywają te talk show. - Postanowiłam iść na studia. 

- Ty?! - pyta Lambert, po czym dochodzi do niego, że to nie było zbyt grzeczne. - W sensie... super! Naprawdę, tylko to takie... niespodziewane. Jaki kierunek? - nadal jest mocno zdziwiony.

- Myślałam o kryminalistyce. - przyznaję zgodnie z prawdą.

- Bo... Lucy? - domyśla się chłopak. Kiwam głową na znak potwierdzenia. - Ależ Anthony... Ja w pełni popieram to, że chcesz się dalej kształcić, że idziesz na studia... ale podporządkowałaś swojej siostrze całe swoje życie. Może zrób coś dla siebie? - w jego głosie słyszę troskę.

- Ja to robię dla siebie. Jeżeli ja nie rozwiążę tej sprawy, będę się zadręczać aż do śmierci. Ja chcę wiedzieć, Adam. Chcę znać odpowiedź. Czemu? Czy zrobiła to sama? Czy to była jej decyzja? Jak tak, to czym była spowodowana? A jak nie, to kto ją zabił? - wyrzucam z siebie potok słów. - W takim razie, po co on to zrobił? Jak można chcieć śmierci innego człowieka? - pytam z wyrzutem w głosie. Auto zatrzymuje się. Czuję dłonie na moich policzkach. Dłonie Adama. I natychmiast wraca to wspomnienie. Zamykam oczy.

- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze? Tak? Anthony, słyszysz mnie? Halo... - głos chłopaka już do mnie nie dociera. Wysiadam z auta. Chyba wbrew własnej woli. Idę przed siebie. Czuję jak ktoś mnie łapie za dłoń. Lambert. Ciągnie mnie za sobą.

- Musisz mi dokładnie wszystko opowiedzieć. Wszystko. - zaczyna. - Czy ty nie masz depresji? - mówi, gdy już docierają do mnie bodźce z otoczenia. On się martwi. Ile osób się kiedykolwiek o mnie martwiło? 

- Nie, nie mam. - odpowiadam twardo. Jestem pewna, że nie mam.

- Zachowujesz się... jak nie Anthony. - spogląda mi w oczy. - A przynajmniej jak nie ta Anthony, którą znam.

- Zmieniłam się.

- Zmieniłaś.

- Czy to źle? - pytam. Boję się, że tak. Chryste, boję się. 

- Nie. Ale to co robisz ze swoim życiem jest toksyczne. I obawiam się, że dużo w tym mojej winy. Przez to, że prowadziłem auto bez trzymanki, a ty dałaś się namówić na przejażdżkę. - spuszcza głowę. 

- Dużo ludzi jeździło ze mną bez trzymanki, wiele ludzi miało wypadki, ja byłam ich świadkiem. Ale patrz Adam, stoję tu przed tobą, jestem w stanie się uśmiechać, jestem w stanie śpiewać, jestem w stanie tańczyć. Nic więcej nie potrzebuję. Tylko weź już ze mną zostań. Chociaż na tydzień. Pomóż mi to wszystko uporządkować, bo ja... nieźle rozpieprzyłam sobie świat. - Lambert spogląda na mnie ze swoich 185-ciu centymetrów. Jego twarz wyraża wszelkie emocje naraz - od wściekłości po troskę. 

- Prosisz mnie o pomoc. Jesteś bardzo odważnym człowiekiem

 

 

Dzisiaj króciutko - ale w ogóle coś jest! Prawda? Pierwszy rozdział od... 2 miesięcy. I to na takim, powiedzmy, przyzwoitym poziomie :) Dajcie znać, czy Wam odpowiada.


środa, 27 stycznia 2016

Informacje

Tak wiem. Powinnam była napisać rozdział lata świetlne temu. Powinnam była też stale informować o tym, co będzie się dziać na tym blogu. Szczerze - powinnam była zrobić miliardy rzeczy, których nie robiłam. W związku z tym, przychodzę z takim małym podsumowankiem.

Po pierwsze - nie mogę zakończyć tego bloga. A problem tkwi w tym, że chyba nie chcę go skończyć. Zostawię go w momencie, gdy każdy z Was dopowie sobie losy Adama i Anthony. Nic jeszcze nie jest przesądzone, ale nie mam siły tego zamykać.

Po drugie - czytam stare rozdziały i się załamuję. Chyba nie znałam takiego środka poetyckiego jak epitet. I nie wiedziałam co to opis. W ogóle nie ma w tekście nawet wspominki o tym, jak wyglądały miejsca czy ludzie. Całe to fan fic zaczęło przypominać scenariusz, w którym są zapisane tylko kwestie.

Co jeszcze - STUKROTNIE PRZEPRASZAM. Za to, że nic nie piszę. Prawdę mówiąc nie mam ani ochoty, ani czasu, ani potrzeby. Kiedyś mnie ciągnęło, żeby publikować, teraz... ehh, starzeję się i tracę motywację :)

OBIECUJĘ WSZEM I WOBEC, ŻE COŚ JESZCZE POSTANOWIĘ. SERIO.

Pozdrawiam i przepraszam jeszcze raz :)

czwartek, 14 stycznia 2016

26

- Gdzie to postawić? -  pyta Lambert wskazując dłonią sporych rozmiarów walizkę. Brian bez słowa wyjmuje mu bagaż z dłoni i idzie zanieść go do starego pokoju chłopaka. Przyjechał do nas, nareszcie! Przyglądam się jak Adam dokładnie otrzepuje buty ze śniegu, po czym zdejmuje czarny, skórzany płaszcz. Czubek nosa ma całkiem czerwony, pewnie od mrozu panującego na zewnątrz. 

- Dawno się nie widzieliśmy. - obejmuje mnie. To prawda. Mimowolnie spoglądam na kalendarz, wiszący na ścianie koło drzwi wejściowych. Teraz jest luty, 15. Zaciskam palce na jego plecach.

- Tęskniliśmy za Tobą. - mierzę go wzrokiem. Na AMA wyglądał inaczej... Teraz jego włosy delikatnie opadają na czoło Lamberta, a nie sterczą we wszystkie kierunki świata. Tak, tamta fryzura była zdecydowanie nieporozumieniem. Ubranie też w miarę normalne, w dobrym słowa tego znaczeniu. Po prostu nie przypomina jeżozwierza porażonego przez prąd. Ta drobna różnica sprawia, że zamiast poprzebieranej lali widzę przed sobą fajnego chłopaka. - Tylko spodziewałam się, że wdziejesz się w coś ciekawszego, rozumiesz? - dodaję, żeby mu dopiec. - Liczyłam na jakieś rajstopy obszyte cekinami. Alex obstawiała, że pojawisz się w koronkowym staniku, ale Breckin natychmiast się poderwał. Wiesz, on to nie lubi, gdy ktoś kopiuje jego styl. Ale jak bardzo Ci zależy, to mogę go spytać, czy pożyczyłby Ci może jakiś biustonosz. 

- Co? - Czarnowłosy patrzy na mnie zdezorientowany, lecz zaraz wybuch śmiechem. Nasze poczucie humoru jest niezmienne. Od kilku lat jesteśmy chyba pod tym względem tak samo dziecinni.

- Jest taka mała sprawa... - zaczynam. - A właściwie to dwie. Wolisz usłyszeć najpierw tę gorszą, czy lepszą? 

- Dawaj gorszą. Chcę to mieć już za sobą. Bierzesz ślub z tym transgenderowcem, tak?! - wydaje z siebie sztuczny jęk rozpaczy. 

-Załamujesz mnie. - odpowiadam ze śmiechem. - Ale do tej sprawy wrócimy kiedy indziej. Przyjechałeś na miesiąc, więc trochę czasu mamy. Zła wiadomość jest taka, że May'owi bardzo nie spodobał się Twój występ na... na tej gali i... - urywam. - Będziesz zmuszony z nim o tym pogadać. A pamiętasz chyba jakie są rozmowy z Bri, nie?

- Chryste, czy on nie może mi tego odpuścić?! - chowa twarz w dłoniach. - Za jakiś czas wszyscy zapomną.

- Wcale nie. Wspomnienie o tym, że całowałeś się z chłopakiem pozostanie. - mruczę. - Jemu chodzi głównie o to, że fani Queen będą zniesmaczeni. On i tak obawia się o to, że mogę Ciebie nie zaakceptować, a teraz będzie jeszcze trudniej.

- To była jedyna droga, żeby uratować ten występ. Zresztą go oglądałaś, gadaliśmy przez telefon. Nie wiem, co jeszcze mam powiedzieć. To była jedyna rzecz...

- Tak, ja wiem. - przerywam mu. W pokoju robi się cicho. Adam przygryza wargę i wpatruje się w przestrzeń za moimi plecami. Szkoda mi go, ale cóż mogę zrobić? - Chcesz może usłyszeć tą weselszą nowinę? - wolno kiwa głową. - W takim razie musisz poczekać.

Szybko idę do swojego pokoju i zgarniam z drewnianego biurka gazetę sprzed kilku tygodni. Uważnie przyglądam się zaznaczonej przeze mnie stronie. Zdjęcie naukowca trzymającego w dłoni próbówkę z jakąś tajemniczą miksturą nie zmieniło się. Wydaje mi się jednak, że jest on co raz bliżej mnie, że jego wzrok mnie przenika. Wracam do Adama i podtykam mu pod nos kartki papieru.

- Zobacz! - wskazuję na przeglądany wcześniej artykuł. Lambert zaczyna czytać. Delikatnie porusza ustami w takt wydrukowanych słów, a jego stalowoniebieskie oczy łapczywie chwytają każdą literkę.

- I co z tego? Gdzie ta dobra wiadomość? Jakiś facet wynalazł lek. Super, cieszę się niezmiernie.

- Tak właściwie to to wesołe raczej nie jest. Ale ma swoje plusy. - plączę się w zeznaniach. - Zobacz na nazwisko! 

- Christian Lonvel... Nadal nie widzę związku. - chłopak przygląda mi się wyczekująco. 

- To jest mój ojciec. - informuję go. Przy okazji samą siebie też, bo jeszcze nie zdążyło to do mnie dotrzeć.Z każdym dniem odkrywam co to w ogóle znaczy. Jeżeli go poznam, moje życie  nie będzie już takie samo. Z całą pewnością nie.

- Niemożliwe, myślisz, że jest jeden człowiek o takim nazwisku na świecie? - pyta z wątpieniem.

- Jestem praktycznie pewna. On był chemikiem. Teraz powinien mieć akurat 60 lat. Adam, zobacz jak to wszystko pięknie się układa. Ja muszę go zobaczyć. Jutro. - chwytam chłopaka za łokieć. 

- Brian wie? Zresztą chcesz jechać, wedrzeć się do studia nagraniowego i powiedzieć mu, że jest twoim tatą? To nierealne. 

- Chciałam raczej śledzić go w drodze powrotnej do domu. Na pewno gdzieś tam zaparkuje w pobliżu, może go zobaczymy. Wiem, gdzie jest nagrywany ten talk show. Sprawdziłam wszystko. Tylko proszę, pojedź tam ze mną. Potrzebuję pomocy.

- Nie ma opcji! - odwraca spojrzenie. - Ja rozumiem, że masz do niego żal. Ale to może nie być twój ojciec. Co wtedy zrobisz? Przeprosisz za pomyłkę? To nie wchodzi w grę! - tłumaczy mi nerwowo. Macha rękami jakby wokoło niego latała jakaś niewidzialna much, nie dająca mu chwili spokoju.

- Spoko, pojadę sama. - rzucam. W głębi duszy modlę się, żeby to zadziałało. Zaciskam dłonie w pięści, błagając, by dał się namówić. Nie wytrzymam bez niego.

- W życiu! Zaraz powiem May'owi! Nie, nie i jeszcze raz nie! To nie jest normalne! 

- A czy normalne było to, że zostawił mnie i Lucy, jak byłyśmy dziećmi? Czy normalne było to, że nie zainteresował się tym, co się znamy dzieje? Czy normalne jest to, że teraz mówią o nim jak o bohaterze?! - czuję, że zaraz się pokłócimy. Nie chcę do tego dopuścić. - Proszę, Adam. Jeden raz.

- Ale to może nie być on. - kładzie mi dłonie na ramionach. - Dajmy sobie z tym spokój, ok? Mamy za sobą mnóstwo wydarzeń, które jeszcze się nie zasklepiły. Potrzebujemy rozwiązania. On Ci już nie jest potrzebny, zrozum, proszę. Mamy do przegadania stracone noce i dnie. Anthony, naprawdę.

- Wiem, że to jest zbyt impulsywne. Ale nie będę czekać. Pojadę. I mam nadzieję, że Ty zrobisz to samo. A teraz chodź już, musisz pomówić z Bri'm o pewnej sprawie, czyż nie? - dodaję z ironią.



Przepraszam Was za to, że po pierwsze - długo mnie nie było, po drugie - że ten rozdział jest taki krótki. Ogółem ostatnio tracę trochę zapału do pisania tego fan fiction, ale uwierzcie mi na słowo - kolejne rozdziały będę najlepsze ze wszystkich, które tu zamieściłam :) Póki co jest to plątanina dialogów, nie ma prawie opisów - ale obiecuję - następne części będą przynajmniej bardzo dobre :)


wtorek, 5 stycznia 2016

25

-Chryste, za chwilę się zacznie! - chwytam pilot po czym włączam telewizor. Blacky natychmiast do mnie przybiega. Jest ubrana w powyciągane dresy a jej krótkie, ciemne włosy związane są w niedbały kucyk. Spoglądamy na siebie przejęte. Za niecałą minutę Brian również stoi razem z nami w salonie.

-Jego pierwszy tak ważny występ. - mówi staruszek. - Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

-Płyta była świetna, Adam ma niesamowite zdolności, jest bardzo charyzmatyczny... nie wiem o co się martwisz. - Alex przysiada na kanapie. Bierze poduszkę leżącą po jej prawej stronie i kładzie ją sobie pod głową. - Naprawdę, będzie ok.

Usadawiam się koło niej. Czuję gulę w gardle. Nerwowo zaciskam palce na skrawku swetra, który postanowiłam dziś założyć. Jest mi naprzemiennie zimno i ciepło. Zobaczę go. Wreszcie.

-Drodzy Państwo, a teraz przed wami debiutujący artysta, Adam Lambert! - słyszę głos prowadzącego galę. Mój przyjaciel na rozdaniu amerykańskich nagród muzycznych. Z napięciem czekam na to, co ma nastąpić. Naszym oczom ukazuje się zaciemniona scena. Tylko śpiew chłopaka wydobywa się z głośników. Przeszywa mnie dreszcz.

-Jak to musi cudownie brzmieć na żywo! - wzdycham. Chciałabym tam być. Pogratulować mu osobiście. Osiągnął ogromny sukces, jak sobie przypominam tego grubego, zagubionego rudzielca... Tymczasem słup chłodnego światła pada na postać Adama. Wygląda... inaczej. Nie że źle, ale... inaczej. Jego ciemne włosy sterczą do góry, na powiekach wyraźnie widać mocne kreski... chyba przesadził z makijażem. Nie przeszkadza mi to, że jest gejem, ale to co zrobił sobie na gębie... Chryste.

-Ma fryzurę jak szczotka. - szepce Black, jednak nie może oderwać wzroku od malutkiego wokalisty na telewizorze. Trzeba przyznać, że Lambert rzeczywiście robi wrażenie. Wcisnął się w jakąś srebrzystą marynarkę z kolcami na ramionach. Nie mam pojęcia skąd on bierze takie ciuchy, ale mi to przypomina jeża zawiniętego w folię aluminiową.

-Patrz na te jego kocie ruchy. - podśmiewa się Alex wskazując na telewizor.

-Weź, Ty byś nie umiała lepiej. - próbuję bronić czarnowłosego, ale jego pląsy są dość komiczne. Show się rozkręca. Lambert przechodzi do bardziej rytmicznej części piosenki. Wpada w ucho. Już przedtem się na nią natknęłam, ale nie była moją ulubioną. Może to się zmieni?

-Cóż za choreografia! - komentuje menadżerka Sheerana, gdy Adam zbliża się do roznegliżowanej tancerki leżącej na scenie, ujmuje jej kostkę i obkręca w około własnej osi. Ciągnie ją jeszcze po ziemi. Z zaciekawieniem czekam na reakcje May'a. Będzie zniesmaczony? On jednak zachowuje kamienną twarz.

-Oo, a teraz wyjdziemy sobie z pieskami na spacer. - kpi Blacky, gdy na ekranie pojawiają się dwaj mężczyźni mający coś w rodzaju uprzęży na plecach. Moja koleżanka ma rację, prezentuje się to jak wyprowadzanie zwierząt. Adam ściska koniec tej ,,smyczy" i przyciąga tancerzy do siebie. Obaj, wciąż klęczący podchodzą do niego. W tym momencie dzieje się coś, czego nie przewidziałam.

-Cholera... - nawet Black traci ochotę do żartów, bowiem to nasz kochany, uroczy wokalista, którego trzymaliśmy w domu dobre kilka lat właśnie... właśnie... aż nie chcę o tym myśleć. Bo zresztą jak to brzmi? Ruszał kroczem koło głowy jednego z mężczyzn?!

-Interesujące rzeczy tu sobie oglądacie, nie ma co. - słowa padają z ust Breckina, który zawsze pojawia się w najmniej odpowiednim momencie. Nie odzywamy się do siebie od czasu tego pamiętnego zdarzenia... Adam lata z jednego końca sceny na drugi, co raz więcej nieczystości wkrada się w jego śpiew.

-Słabiutko... - mruczy pod nosem Bri. Przyglądam mu się niespokojnie. Lambert wchodzi po schodkach na podwyższenie dla zespołu, tańcząc przy tym. Że jemu nie brakuje powietrza... Próbuje przejść na drugą stronę konstrukcji, jednak najwyraźniej tancerze uniemożliwiają mu drogę.

-Wywalił się! - Alex wręcz umiera ze śmiechu. Łzy ciekną po jej policzkach, a ramiona drgają wraz z kolejnymi atakami chichotu. Chłopak podnosi się po przeturlaniu się przez całą długość platformy. Już nie mam ochoty oglądać tego czegoś. Jestem zawiedziona. Stara się chyba ratować tę piosenkę, ale zapomina tekstu. Kolejna wpadka. Robią zbliżenie na jego twarz, jeszcze nie widziałam go tak zestresowanego. Dalsza cześć występu składa się tylko z fałszów Adama, zboczonej choreografii i błędów. Oglądam to beznamiętnie, mimo rżącej koło mnie Black i Brian'a z miną świadczącą o tym, że najchętniej zabrałby chłopakowi mikrofon. W sumie mu się nie dziwię. Po tym występie raczej nie ma co liczyć na pozytywne przyjęcie przez publikę nowego lidera Queen. Adam postanawia najwyraźniej znowu wdrapać się na podwyższenie. Byleby się teraz nie potknął, bo coś mnie strzeli! Udało się! Pewnego rodzaju ulga, teraz błągam żeby to się tylko skończyło. Bez jeszcze większej kompromitacji. Odwracam zmęczone oczy od telewizora.

-Mój Boże!!! - wrzask Blacky sprawia, że podskakuje jak oparzona.

-Co?! - pytam zdezorientowana, lecz odpowiedź znajduję bardzo szybko. Lambert całuje się z jakimś tlenionym blondaskiem grającym na keyboardzie. I to tak całuje całuje. Tak poważnie.

-Fuu! - Alex nie kryje obrzydzenia. - Wiedzieliście, że on jest gejem?

-Tak.. to znaczy nie.. w sensie nie wiem. - próbuję ogarnąć tę sytuację. On musiał to zrobić, żeby ratować ten występ. Inaczej to by nie przeszło. Teraz przynajmniej wzbudzi kontrowersje, sprzeda album... Chyba że... Kim on w ogóle jest?

-Koniec z tym. - May już sięga po pilota, ale go powstrzymuję.

-Może... może jeszcze coś pokaże? Zaśpiewa dobrze?

-Prędzej nam się rozbierze na scenie. - burczy Bri. Ale jednak mam rację. Końcówka jest znakomita. Piękna, aż łzy stają w oczach. Mimo wszystko jestem z niego dumna. Przetrwał.



Powiem tak. To chyba najbardziej prawdziwy z moich rozdziałów, występ jest prawdziwy (to właśnie ten film, który Wam tu zamieściłam). Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział, pierwszy w nowym roku! 

Zmienił się nieco wygląd bloga, ale w sumie tylko na lepsze. Jest prosty, taki jak lubię :) Pozdrawiam :)

sobota, 2 stycznia 2016

Informacje

Hej kochani :)

Jako że nowy rok nastał (kurczę, piszę to opowiadanie na przełomie dwóch lat. Ale fajnie) mam dla Was kilka informacji, które nie cierpią zwłoki.

Zacznijmy od liczby wejść - 3 tysiące. Jestem pod wielkim wrażeniem. Ogromnym. Serio. To tak... dużo. :) Chciałabym Wam za to podziękować :)

Dalej - po lewej stronie macie ankietę. Która postać jest Waszą ulubioną? Wystarczy, że zagłosujecie. Anthony, Blacky a może Adam? Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii.

Jesteśmy na półmetku tego opowiadania i muszę Wam powiedzieć, że mam czasem wrażenie, że to przestaje być fan fiction. Że za dużo uwagi poświęcam problemom Anthony, a za mało Lambertowi. Ale to się niedługo pozmienia, mam nadzieję, że będziecie usatysfakcjonowani.

Co udało mi się zrobić w zeszłym roku dla pisania? Założyłam ,,Call me Anthony", konto na wattpadzie i dołączyłam do załogi pewnego katalogu (http://fenix-katalog.blogspot.com/).

A teraz chyba najważniejsze - co będzie dalej? Jak już zakończę to opowiadanie? Zobaczcie:



To zwiastun przyszłej historii, zupełnie innej od tej, którą teraz piszę. Nie mówię więcej, bo nie chcę zdradzić fabuły :)

Co jeszcze? To by chyba było na tyle, pozdrawiam kochani :)

I koniecznie napiszcie co sądzicie o zwiastunie - robiłam go sama (ja mistrzyni movie makera!), zresztą jak wszystko na tym blogu.