poniedziałek, 28 grudnia 2015

24

Siedzę na wielkiej, miękkiej kanapie przed telewizorem i oglądam film. Po raz któryś ten sam. Zresztą mało mnie interesuje fabuła. Ważne, że wszystko kończy się namiętnym pocałunkiem i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Dłonią wybieram resztki popcornu z metalowej misy i wrzucam go sobie do ust. Sięgam po wielki kubek leżący na krawędzi stolika, po czym biorę spory łyk słodkiego napoju. Chyba odgazowana cola. Odpoczynek przerywa mi Blacky, która nie wiadomo skąd się w ogóle tu wzięła. Chwyta szybko pilot i nim zdążę zaprotestować, wyłącza film. Mierzę ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.

-Ejj.. oddaj to. - mówię obrażonym głosem. Alex jakby mnie nie słyszała. Wyrywa mi z dłoni picie i odstawia je na oddalony o kilka metrów regał z książkami. Patrzę na nią osłupiała. - Hej, czemu mi to zabrałaś? Chcę to z powrotem.

-To się rusz. - mówi wyzywająco. Już mam się podnieść, ale zniechęcona opadam na kanapę.

-Zawołam Briana, on mi to poda, jędzo jedna. - odpowiadam z przekąsem.

-Chryste, nie sądziłam że kiedyś to powiem, ale jesteś idiotką. - dziewczyna odgarnia ciemne włosy z czoła i zakłada je za ucho. - Co Ty z sobą robisz? Pół roku spędzone w ten sam sposób. Odkąd poznałaś tego Ethana, tylko to robisz. Oglądasz telewizję, żresz, śpisz. - wylicza na palcach. - I użalasz się nad sobą. ,,Ah, ja nigdy nie znajdę miłości" lub ,,Oh, jakie los był dla mnie podły" - parodiuje mnie. - Kobieto, masz dwadzieścia siedem lat i ogromne możliwości! Możesz studiować gdzie chcesz, bo nasz kochany May da Ci każdą sumę o jaką poprosisz. A Ty nadal mieszkasz z nim w domu, jesteś tylko po liceum...

-Przypominam Ci, że też tu mieszkasz. - warczę. - Po za tym, kogo obchodzi moje wykształcenie? Adam też..

-Przestań zasłaniać się Adamem! - Blacky jest bezlitosna. - On zdążył wygrać idola, rozkręcić w miarę swoją karierę, a Ty? Nic nie robisz! Nic kompletnie!

-To dlatego, że mam problemy. Bo ja sama nie wiem kogo ja kocham... - przyparta do muru staram się jakoś bronić.

-Kurde, naprawdę jesteś taka? Czy Twoje życie obraca się tylko wokoło tych trzech chłopaków, o których paplasz przez ostatni czas? Rozumiesz, że wszyscy mamy tego dosyć?! W koło tylko Lambert, Ethan i Breckin, choć tego ostatniego nie mogę pojąć. Jak on mógł Ci się spodobać?! Twierdzisz, że Twoje uczucia to wielka tajemnica. Szczerze? Już każdy w tym domu wie, jakie masz kłopoty sercowe.

-Ale... - czuję, że powoli tracę argumenty. - Ja naprawdę miałam okropne dzieciństwo. - to zazwyczaj zamykało wszystkim usta. Ale nie menadżerce Sheerana.

-Jesteś dorosła. Nadal nie umiesz się z tym pogodzić? Wskaż mi jednego człowieka, którego życie nie doświadczyło w jakiś sposób. Kogoś mniej, kogoś bardziej. A choćby i ten Twój kolega z sierocińca. On nie jest taki jak Ty.

-Czyli jaki?! - rzucam wpieniona. Zaciskam dłonie w pięści i staram nie patrzeć się dziewczynie w oczy. Czekam na odpowiedź.

-Czyli żałosny. - słyszę chłodne słowa Black. Taka jestem. To oni o mnie myślą. Jestem żałosna.

-Ale Alex... ja sądziłam, że jesteśmy przyjaciółkami. - boi mnie, że ma o mnie takie zdanie.

-A co to ma do tego Anthony? Jesteśmy.

-No bo przecież... przyjaciele nie obrażają swoich przyjaciół.

-Nie chcę żeby Ci było przykro, tylko chcę Cię zmotywować do działania. A nikt inny nie chce Ci czegokolwiek powiedzieć. Zastanów się nad tym spokojnie. - dodaje i zostawia mnie samą.

Jestem wstrząśnięta. Czy rzeczywiście aż tak źle ze mną? Jak oparzona podrywam się z miękkiej sofy i biegnę do mojego pokoju. Staję przed wielkim lustrem wiszącym na jednej ze ścian, po czym przyglądam się sobie krytycznie. No tak, miesiące żywienia się fast foodami dają efekty. Jezu, jestem gruba. Tłusta i żałosna. Nie, nie, nie.... Nie! Ja nie chcę! Łzy cisną mi się do oczu. Wyglądam okropnie. Nie ma mowy, żebym gdziekolwiek się tak pokazała. Unoszę wymięty T-shirt do góry. Mój brzuch... Chryste... Muszę coś z tym zrobić. Od jutra zapisuję się na siłownię. I muszę iść do fryzjera! Chociaż nie... najpierw trzeba schudnąć... Żeby pozbyć się tych emocji łapię gazetę, leżącą na szafce nocnej koło mojego łóżka. Może chociaż na sekundę przestanę rozmyślać o tym, co usłyszałam od Alex. Wiem, ona ma rację. Zaniedbałam się. Tylko narzekam na to, co się dzieje. Nie umiem sobie z tym poradzić. Gazeta jest sprzed kilku dni, ale jej nie czytałam. Na pierwszej stronie coś związanego z polityką, w dziale kulturowym oczywiście wiadomości o Adamie (ah, jakie to okrutne, że on jest  gejem! Jak to możliwe?! Skandal!), poniżej jakieś przepisy. Przewracam kartki. Nauka.

Christian Lonvel, angielski chemik, wynalazł właśnie lek na chorobę dotykającą niemowlęta.

Już mam zamknąć gazetę, gdy coś sobie uświadamiam. Wracam do artykułu, który przed chwilą zaczęłam czytać.

Christian Lonvel, angielski chemik, wynalazł właśnie lek na chorobę dotykającą niemowlęta. 

Znany i szanowany naukowiec z Oxfordu, Christian Lonvel (l.60) właśnie...

Zamieram. Znam to nazwisko. Sama je nosiłam. A mój ojciec miał na imię Christian. Był chemikiem. I  w tym momencie, powinien mieć dokładnie 60 lat. Zaciskam palce na papierze, w nadziei, że dowiem się czegoś więcej. Chłonę każde słowo. Dziennikarz pisze tylko o geniuszu tego faceta, jaki to on cudowny i w ogóle. Na końcu jest mały dopisek.

Dnia 16 lutego nasz narodowy bohater pojawi się w telewizyjnym talk show, w którym opowie nam o tym leku.

Z wściekłością rzucam gazetą w kąt pokoju. Bohater narodowy... Zwykły pijak.




poniedziałek, 21 grudnia 2015

23

I znowu mija tydzień. I drugi. Bez Adama. Ale z ponad setką nieodebranych połączeń. Straciłam ochotę na rozmowę z nim. Ogółem, rzecz dziwna, czuję się lepiej. Dużo lepiej. Tylko dręczy mnie jeden problem - Ethan czy Breckin. Który?? Ja... czuję się zakochana. Tak, to pewne. Ale nie mam pojęcia, w którym z nich. Chryste, czemu inni nie mają takich durnych problemów jak ja?!

-Anthony... - Brian przerywa mi moje rozmyślania. - Przyszedłem Ci tylko powiedzieć, że Adam dostał się do Idola. Tego programu.

-Aha... - kwituję jego wypowiedź. - I co w związku z tym?

-Myślałem, że będziesz się cieszyła, ale... Czy między wami była jakaś kłótnia? On dzisiaj do mnie zadzwonił.

-Do mnie też. Poczekaj. - unoszę telefon i wpatruję się w ekran. - Jakieś 17 razy.

-Czy coś się stało?

-Nie. Mam go dosyć na ten moment. I tyle.

-Może... powinniście to sobie wyjaśnić? Niedługo zamierzamy rozpocząć współpracę i nie chciałbym żadnych nieporozumień.

-Niedługo czyli ile? - dociekam.

-Półtora roku? Jakoś tak. Program startuje za miesiąc, więc to zależy od tego, jak szybko rozwinie się kariera Adama.

-Spokojnie, jakoś to będzie. - wymijam staruszka i udaję się do korytarza. Wyciągam rolki ze schowka. Pora wreszcie pojeździć. Zakładam je na stopy i po chwili jestem na idealnie płaskim asfalcie przed naszym domem. Zaledwie po przemieszczeniu się o parę metrów, czuję wibracje w kieszeni. Wyciągam komórkę. Numer nieznany. Zaintrygowana odbieram. Po raz pierwszy nie jest to Lambert.

-Halo? Z kim... - nie dokańczam nawet zdania, bo głos z telefony przerywa mi.

-Kurwa, przepraszam! Zrozum wreszcie - przepraszam! - po czym słyszę szloch.

-To Ty? - pytam ostrożnie. Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź. Tamta osoba milczy. - To Ty?

-A kto inny? To ja. - Adam. Adam. Adam. Adam. Nie. Znowu. - Jestem idiotą. Jestem debilem do kwadratu. Naprawdę nie chciałem tak zareagować.

-A jednak zareagowałeś. - mówię i już mam to zakończyć. Ale coś mnie powstrzymuje.

-Anthony, proszę Cię. Daj mi szansę.

-Czemu miałabym to robić? - łzy napływają mi do oczu. Chcę tego. Chcę najbardziej na świecie. Ale moja pieprzona godność nie może tego znieść.

-Proszę. - błagalny głos w słuchawce nie daje mi spokoju.

-Dobrze. - biorę głęboki oddech. Pewnie będę tego jeszcze żałować.

-Jezu, mówisz serio? Dziękuję. Dziękuję. Boże, kocham Cię. Już się bałem, że nigdy się do mnie nie odezwiesz. Przyjadę do Was. Choćby i zaraz.

-Nie przesadzaj. - mimowolnie się uśmiecham. - Nadal nie wiem, jak się z tym czuć. Wytłumaczysz mi wszystko mam nadzieję.

-Powiem Ci co tylko chcesz. Słyszałaś o Idolu? Tak bardzo się cieszę. - nie wierzę wciąż w to, że teraz z nim mogę normalnie pogadać.

-Tak, już wszystko wiem. Jestem z Ciebie dumna Adam. Naprawdę. - siadam na chłodnym krawężniku. - Ale mnie to męczy. Ma dosyć tego wszystkiego. - łamię się.

-Czego? Ja wiem, że tak szybko nie wrócimy do relacji, która nas kiedyś łączyła, ale powiedz proszę, co się dzieje? Kim jest Twój nowy chłopak?

-Nie mam żadnego chłopaka. - przykładam dłoń do czoła. Głowa mi pęka. - Ale jestem zakochana.

-W kim? - interesuje się Lambert. Czemu on musi być aż tak ciekawski?

-Hmm, jakby to powiedzieć... - zaczynam. - W dwóch osobach. Chyba.

-Co? To szybka jesteś. - śmieje się. Skąd ta zmiana nastawienia? Zaczynam mieć wątpliwości.

-To nie jest zabawne. Ani trochę. - obserwuję mijające mnie samochody, psy, rowery. Każdy wydaje mi się cholernie szczęśliwy.

-No dobrze, dobrze... - zachowuje dystans, bo chyba nie chce mnie urazić. - A możesz mi powiedzieć... w kim?

-A to nie Twoja sprawa. - odcinam się. Zapomniałam o naszym konflikcie? Prawie. Bo nadal mnie to gdzieś głęboko, w środku boli.

-Ej... - mruczy. - No powiedz. Ja bym Ci powiedział, gdybym znalazł sobie narzeczonego.

-Nie wątpię. No dobra, pierwszy jest Ethan, ten chłopak o którym Ci opowiadałam. Ten z sierocińca.

-Aha... A czy Twój wybranek nie ma przypadkiem jakiegoś wolnego kolegi? - nie umiem powstrzymać śmiechu.

-Nie, nie znam żadnego przyjaciela Ethana, który mógłby być gejem. Ale jak chcesz, to możesz spróbować poderwać naszego Scotta. - żartuję.

-O Boże, on mnie chyba nienawidzi. Zresztą jest zbyt kościsty jak dla mnie. - odpowiada Adam.

-No tak, bylibyście zestawieniem wybuchowym. - w wyobraźni już widzę wymuskanego fryzjera i Lamberta na ślubnym kobiercu.

-A ten drugi? Kto to?

-Ale nie będziesz się nabijał?

-Nie będę. - obiecuje.

-Breckin. - zamiast przewidywanej przeze mnie reakcji, czyli napływu wesołości, z telefony nie wydobywa się żaden dźwięk. - Co?

-Anthony, jako Twój przyjaciel będę z Tobą szczery - to skończony dupek. Nie ufaj mu za żadne skarby. On jest nieobliczalny. To psychopata. Zrani Cię jeszcze, zobaczysz.

-Wiesz, on mówi to samo o Tobie. - rzucam ironicznie. Znowu się nie odzywa.

-Porozmawiajmy jutro. Dobrze? Zadzwonię do Ciebie. Coś Ci wyjaśnię.




OGŁOSZENIA
Mam nadzieję, że podobał Wam się ten rozdział.Ostatnio tracę jakoś motywację do dalszego pisania, więc możliwe, że wrócę dopiero po świętach (niby kilka dni, a ja sobie porządnie wypocznę). Po za tym jestem szalenie wręcz zaskoczona - ponad 2,5 tysiąca wyświetleń. To dla mnie bardzo dużo. Może gdy będzie 3 tysiące zrobię jakiś rozdział specjalny czy coś? Bylibyście chętni?

Po za tym rzecz kolejna - jesteśmy w jakiejś połowie tego fan fiction. I ja (zapobiegawczo) rozglądam się już za kolejnym zajęciem. Może w Święta sobie wszystko dopracuję, dopnę na ostatni guzik. Mam kilka pomysłów i trudno mi się zdecydować. 

Założyłam snapchata - możecie mnie dodawać :)

chasing.madness

Dalej - proszę, komentujecie. To naprawdę motywuje. 








środa, 16 grudnia 2015

22

Chwilę stoimy przytuleni. Mam gdzieś, to że jego paznokcie mają różowy kolor. I to, że jest ode mnie ze dwadzieścia lat starszy.

-Anthony... - muska moją brodę palcami. - Czy... coś może z tego wyjść? - po raz pierwszy widzę Breckina w takim świetle. Nigdy przedtem nie odnosił się do mnie tak ciepło...

-Ja potrzebuję czasu. Przerwy. Wakacji. Śmierci. Czegokolwiek, byleby móc na moment zapomnieć o tym wszystkim. - wyślizguję się z jego objęć i staję po przeciwległej stronie pomieszczenia. Próbuję sobie ułożyć te durne puzzle w całość, ale skrawki, które posiadam, zupełnie do siebie nie pasują.

-Ależ...

-Breckin, zrozum - ja nie wiem co się dzieje. Proszę Cię, nie wiń mnie za nic, bo ja nie wytrzymuję tej sytuacji psychicznie. Mam dosyć. Jezu, jak ja bym chciała, żeby to wszystko potoczyło się inaczej.  Ty wiesz jak mnie męczy ta sytuacja? Teraz będę musiała iść do Bri'ego i Ethana i udawać, że wszystko jest super.

-Nie musisz nic udawać.

-Inaczej ludzie by mi współczuli. Nie chcę współczucia.

-Bzdura. Ty nie chcesz, żeby Adam musiał ponieść konsekwencje swojego zachowania. Chronisz go.

-Po co miałabym go... - urywam, bo zdaję sobie sprawę, że mężczyzna ma rację.

-Przecież jesteś w nim zakochana, czyż nie? To jest dobry powód. Zresztą, nie ukrywajmy, gdyby May dowiedział się czegoś więcej o waszych kłótniach, mógłby zacząć poszukiwanie nowego wokalisty albo w ogóle zrezygnować z występów. - znowu jest tym chłodnym, ironicznym Breckinem.

-To chyba moja sprawa, co do niego czuję. - mówię szorstko.

-Patrząc na to, co przed chwilą zaszło, to już nie tylko Twoja sprawa, kochanie. A ja mam nad Lambertem tą przewagę, że wiem jak się go pozbyć. I zniszczyć mu karierę.

-Nie zrobisz tego. - zamieram. - Nie. Zresztą Brian Cię nie posłucha. Jeżeli ja mu coś powiem, nie zwróci uwagę na Twoje słowa.

-Jesteś tego taka pewna? Przy Twojej kondycji psychicznej, nawet kochający tatuś nie weźmie tego, co mówisz na poważnie. - spogląda na mnie przebiegle.

-Co Ty próbujesz osiągnąć Breckin? - podchodzę do niego. Gdy dzieli nas jakieś 10 centymetrów podnoszę głowę i patrzę prosto w jego błękitne, hipnotyzujące oczy. - Co?

-Chcę, żeby on przestał Cię w  końcu ranić. Tylko tego chcę.

-Ale... - próbuję zaprzeczyć. Wmówić mu, że Adam wcale nie sprawił mi przykrości. Że to wcale nie boli. Ale nie jestem w stanie kłamać.

-Niech on sobie śpiewa z Queen, choć osobiście uważam to za głupotę. Niech wydaje płyty. Niech zajmuje pierwsze miejsca na listach przebojów. Szczerze - nienawidzę go. Ale nawet jemu nie życzę tego, by musiał cierpieć tak jak Ty. Tak, na pewno wielu rzeczy nie wiem. - wyciera łzę, która spływa po moim policzku. - Nie słyszałem waszej rozmowy telefonicznej. Ale z tego, co mu odpowiedziałaś, wnioskuję, że reakcja była z goła inna niż ,,oh, kochana, jak się cieszę, że już mnie nie kochasz!" - parodiuje głos Lamberta. - Brian powiedział mi o tej umowie. Nie dzwoń do mnie, póki nie znajdziesz sobie kogoś innego. Nie mam bladego pojęcia, kogo sobie upatrzyłaś... Ale błagam Cię, przemyśl to wszystko spokojnie. Nie chcę, żebyś trafiła na takiego dupka jak Adam.

-Wcale nie chodziło o to, żeby zakochać się w kimś nowym, tylko o to, żeby po prostu miłość przeszła.

-Bardzo rzadko zdarza się, żeby jedno nie było powiązane z drugim.

-Czyli uważasz, że musiałam sobie znaleźć chłopaka? - pytam i czuję, że w moim gardle rosnącą gulę.

-Ja? Tak, sądzę, że to wysoce prawdopodobne. - przesuwa dłoń po mojej szyi. Coś nagle we mnie pęka. Tracę nad sobą panowanie. Płaczę. Po raz który tego dnia? Przykładam dłonie do twarzy, bojąc się pokazać to, jaka jestem słaba. Nie wiem jeszcze, co sądzić o tym, co powiedział mi transgenderowiec. Nie dociera to do mnie. Nie umiem pojąć uczucia, którym może mnie darzy. Nic o nim nie wiem. Ale i tak zbliżyłam się do niego mocniej, niż do większości osób, które dotąd spotykałam. Nadal zasłaniam oczy. Czuję się otępiała jak nigdy dotąd. Breckin delikatnie ujmuje moje ręce i odciąga je od moich policzków.

-Słuchaj czy mógłbyś pójść do kuchni i pomóc Brian'owi zrobić kawę? - chlipię. - Już się chyba przekonałeś, że on tego nie potrafi zrobić... Powiedz, że zaraz przyjdę.

-Jasne, nie ma problemu. - mruczy mężczyzna. - Przygotuję Ci jakieś leki przeciwbólowe, bo musiałaś chyba się nieźle uderzyć. - dotyka mojej brody. Wychodzi i zostawia mnie samą. Powolutku przekręcam klucz w drzwiach. Nareszcie. Mogę ochłonąć. Nadal nie pojmuję, co zaszło kilka minut temu. Czy on mi właśnie...? Ale... Od kiedy? Cholera... Odkręcam wodę. Sprawdzam jej temperaturą - lodowata. Przemywam twarz w nadziei, że wszystkie moje troski zmyją się razem z łzami, krwią i brudem. Niestety - to nie działa w ten sposób. Przyglądam się sobie w lustrze. Jestem naprawdę mocno pokaleczona. Drobne rany, zadrapania i siniaki pokrywają całe moje oblicze. Boli to jak diabli. Sięgam po korektor znajdujący się w mojej kosmetyczce. Dostałam ją od Adama. Na urodziny. Próbuję ją olać. Nie zwracać uwagi. W końcu zwyczajny skrawek materiału w czarno-białe paski. Nakładam kosmetyk na obite miejsca. Piecze. Ale przynajmniej nie wygląda tak tragicznie. Zmieniam ubrania. Do kosza na pranie wpadają dresy i koszulka Briana, które raczej nie nadają się już do ponownego użytku. Wiążę moje białe, matowe teraz włosy w wysoki kucyk. Mój kochany fryzjer Scott byłby wściekły, że tak zaniedbałam te moje kudły. Jestem gotowa? Chyba tak. Mam nadzieję. Naprężam wszystkie mięśnie twarzy, tak że widać na niej piękny, ogromny uśmiech. Tak przerażająco realny...

-Hej, jesteście tam? - staram się zawołać jak najradośniej tylko umiem. Nawet dobra byłaby ze mnie aktorka. Wychodzi mi to doskonale. Brian nawet się nabrał, bo słyszę tylko jak mówi.

-O, już jesteś. Breck wprawdzie nam pomógł, ale... Siadaj, siadaj. - wskazuje mi miejsce koło Ethana. Kątem oka dostrzegam transwestytę, który krząta się przy ekspresie do kawy. - Muszę powiedzieć, że mimo tego co ostatni się dzieje, Anthony jest z dnia na dzień szczęśliwsza. - no chyba nie, komentuję to w myślach.  Nie zamierzam jednak wyprowadzać staruszka z błędu. - Tydzień temu nie było z nią kontaktu, a teraz?

-Kobieta zmienną jest. - wysilam się na żart i mimo wesołości, którą wywołałam, w środku czuję się tak rozbita jak nigdy. Ktoś kładzie przede mną białą pastylkę i szklankę z wodą.

-Weź, pomoże.

Gdyby coś tak małego umiało złagodzić tak wielki ból, jaki czuję, to wszyscy by się o to zabijali. Niestety, tabletka działa tylko na cierpienie fizyczne. Przełykam lek. Nie ma smaku. Zresztą kto w mojej sytuacji zwracałby uwagę na to, jak coś smakuje? Nagle dobiega mnie dzwonek mojego telefonu. Zrywam się z miejsca i rozpoczynam poszukiwania. Po kilku minutach dźwięk urywa się, ale komórka przynajmniej się znajduje. W łazience, w koszu na pranie. Wrzuciłam ją tam razem z brudnymi ciuchami. 5 nieodebranych połączeń. Adam. Serce podchodzi mi do gardła. W tym momencie znów rozlega się charakterystyczna melodia. Osłupiała wpatruję się w ekran. Lambert próbuje się do mnie dodzwonić. Tylko że ja nie mam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Odrzucam.


Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział kochani ♥ Troszkę trudniej mi było pisać, bo pisałam go w odstępie dwóch dni i czułam się zupełnie inaczej. Sądzę jednak, że jest dość dobry, ale ocenianie zostawię Wam :) Dziękuję za przeczytanie i wszystkie komentarze :)

sobota, 12 grudnia 2015

21

-Już zadzwoniłam, może wejdziemy do środka? - proponuję z fałszywym uśmiechem. Ile bym dała za minutę płaczu. Chwilę wrzeszczenia. Ale muszę grać. Jak to śpiewał Freddie ,,Przedstawienie musi trwać". Kontroluję każdy mięsień mojej twarzy. Chyba tylko oczy mogą mnie zdradzić, ale staram się nie spoglądać na Ethana i Brian'a.

-A mógłbym? - pyta chłopak. - To znaczy czy nie byłby to dla Was problem?

-Nie, no co Ty. - zaprzeczam gwałtownie. Sama już nie wiem co czuję. Przed chwilą wydawało mi się, że odkochałam się w Adamie, bo znalazłam mojego przyjaciela. Teraz gdy nie mogę nawet porozmawiać z Lambertem oddałabym wszystko. Mogłabym nawet do końca życia nie odezwać się do nikogo, byleby mieć teraz szansę na kontakt z czarnowłosym. - Tylko się w coś przebiorę, bo wyglądam jak Krwawa Mary czy inna postać z horroru. - zdobywam się na drętwy żart. To i tak dużo biorąc pod uwagę mój obecny stan psychiczny. - To może wy idźcie do salonu, czy gdzieś tam, wypijcie kawę... - dostrzegam, że May już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale uciszam go gestem. - Tak, pamiętam, nie umiesz obsługiwać ekspresu... Musze Cię w końcu tego nauczyć. - wzdycham. - Dajcie mi minutkę, ogarnę się i Wam pomogę.- rzucam przez ramię i już biegnę w kierunku domu. Łzy już ciekną mi po twarzy, dlatego nie obracam się nawet, aby sprawdzić, czy mężczyźni podążają za mną. Słyszę tylko ich głosy. Otwieram drzwi na oścież, i wchodzę do korytarza. Po kilku sekundach stoję już w moim pokoju przed szafą.Chwytam to co leży na wierzchu - jakąś szarą, prostą bluzkę i dżinsową spódnicę. W kilku susach dostaję się do łazienki i zatrzaskuję drzwi, tak by nikt nie mógł tutaj wejść. Dopiero teraz dopada mnie atak szlochu. Opieram się o ścianę, tak by nie upaść. Moja ramiona podnoszą się i opadają, a towarzyszy temu histeryczny płacz. Ostatni raz tak się czułam... Nie cholera, muszę przestać o tym myśleć. Mam się uspokoić!

-Przepraszam, że pytam madmoisielle, ale cóż jest powodem ronienia Twych łez?

Zamieram. Kurwa. Skąd on się tu wziął?! Jakim cudem.... Odwracam się z wściekłością. Transwestyta stoi w rogu, tuż obok prysznica. Ma chyba jakąś minimalną ilość makijażu, bo wygląda jakoś bardziej męsko niż zazwyczaj. Na głowie zamiast peruki ma turban z ręcznika. Widzę, że mimo swojego wieku, a on ma już chyba jakoś 55 lat, nie prezentuje się staro. A nawet przeciwnie.

-Nie Twój interes. - burczę. Nawet go lubię. Nawet. Złość powoli ze mnie wyparowuje. Zostaje tylko rozpacz. Czuję się oszukana. Jak on mógł? Jak Adam w ogóle mógł?

-W takim razie powiedz mi proszę, miałaś jakiś wypadek? - pokazuje moją brodę, na której mam już siniaki od upadku. -Dlaczego ostatnie noce spędziłaś płacząc? Kim jest ten chłopak, którego tu przyprowadziłaś? Czemu nie rozmawiałaś z Lambertem? I po co teraz do niego dzwoniłaś? A skoro Ci na nim zależy, to czemu kazałaś mu się, kolokwialnie mówiąc, pieprzyć? Co się stało? - zbliża się do mnie. - I może ostatnie pytanie - jaki był ten pocałunek? Wiesz o czym mówię.

Zaciskam dłonie w pięści. Tracę albo panowanie nad sobą, albo świadomość. Już nie rozróżniam tych dwóch rzeczy. Biorę zamach i moja ręka ląduje na policzku Breckina. Mężczyzna aż robi krok w tył. Unosi na mnie swoje hipnotyzujące oczy. Z jego ust spływa strużka krwi.

-O Chryste... - szepcę. Z przerażeniem śledzę to, jak strumień czerwonej cieczy staje się coraz większy.

-Nic mi nie jest. - mówi on. Czuję narastającą we mnie panikę. Z jednej strony, należało mu się. Ale ja nie chciałam, żeby aż tak... Na domiar złego przypomina mi się jeszcze, że czekają na mnie Ethan i Brian. Sięgam szybko po kawałek papieru toaletowego. Nieśmiało podchodzę do mężczyzny. Dotykam jego żuchwy dając mu w ten sposób do zrozumienia, żeby nie się nie ruszał. Jak na rozkaz nieruchomieje. Przykładam bały skrawek do rany. Prowizoryczny opatrunek natychmiast pochłania krew. Mam déjà vu. Tak jak przed chwilą Ethan mnie, teraz ja pomagam transwestycie. Czy transgenderowcowi. W sumie wszystko jedno. Breckin łapie mnie za nadgarstek.

-Naprawdę, wszystko ok. - spogląda na mnie, ale nie chce wypuścić mojej ręki.

-Przepraszam. Ale...

-Tak, wiem. Gdybym się zamknął, nic byś mi nie zrobiła. Ale ja muszę wiedzieć, o co Ci chodzi. Jesteś już na skraju załamania nerwowego. A co do tego, skąd wiem o Tobie i Adamie... - krzywi się wypowiadając jego imię. - Okno mojej sypialni wychodzi przecież tuż na ogród. A dokładniej na tą część z fontanną. A że ja lubię mieć świeże powietrze w nocy, to... siłą rzeczy coś usłyszałem. Zresztą gadałem z May'em. On się o ciebie cholernie martwi. Wszystko mi powiedział.

-A telefon do...

-Anthony, kochana, miałem Cię za osobę inteligentną, ale chyba gniew robi swoje. Przecież gadałaś z nim tuż koło łazienki. Ty byłaś na dworze - ja w budynku. I nic nie poradzę, że przez szybę dochodzą do mnie pewne urywki rozmowy.

Chwilę mierzymy się wzrokiem. Transgenderowiec ściska jeszcze moją rękę.

-Daj Ty sobie spokój z nim. On Cię zostawił, czy Ty tego nie dostrzegasz? Nie mam pojęcia co między Wami przed chwilą zaszło. Ale... on nie jest odpowiedni. Nie jest Ciebie warty.

-A co Ty możesz o tym wiedzieć? Przecież jesteś gejem. - czuję jak sztywnieje. Unosi moją dłoń do góry, na wysokość mojego nosa. Zaciska swoje palce na moich, tak, że tworzą one coś w rodzaju koszyczka.

-Nie jestem gejem. - mówi bardzo powoli. Jego głos drży. - Skąd taki pomysł?

-To po co Ci to durne przebranie, co? - bezlitośnie drążę temat.

-Nie jestem gejem.

-To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

-Nie zamierzam odpowiadać. - przybliża się do mnie na tyle, że aż przygniata mnie do ściany. Nasze czoła się stykają, ale zamiast jakiegoś podniecenia czuję tylko paraliżujący strach.

-Ja Cię kocham Anthony.

-Breckin, ja... - zupełnie nie wiem co odpowiedzieć. Mam mętlik w głowie. - Już nic nie rozumiem. - nie chcę go ranić, bo wiem co się wtedy dzieje w umyśle człowieka. Wczepiam się w jego biały, puchaty szlafrok i kładę mu głowę na piersi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że przebiera się za kobietę. Ja po prostu jestem teraz bezpieczna. Ale to nie jest zakochanie.

-Nie musisz nic rozumieć. Miłość nie jest racjonalna.

-A tak bym chciała, żeby była. - mówię cicho.


Oto nasz Breckin (tak, wiem Jared - ale lepszego transgenderowca znaleźć nie mogłam.).

Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze - miło wiedzieć, że ktoś to w ogóle czyta :) Po za tym muszę Wam się przyznać - jakoś polubiłam Breckina. Najpierw niebywale wkurzała mnie jego inteligencja, ironia, chłód... A teraz? Nawet chyba fajniejszy jest niż Anthony (ta to potrafi tylko narzekać, a ja ostatnio nie umiem zapanować nad jej humorami. Dosłownie.)

wtorek, 8 grudnia 2015

20

Ethan stoi zapatrzony w mojego ojca (chyba mogę go tak teraz nazywać? Nadal się z tym dziwnie czuję, ale cóż.) jak w obrazek. Jeżeli kogoś miałoby opisywać słowo ,,urzeczony", to właśnie tego chłopaka. Stoi z otwartymi ustami, jakby co najmniej Zeusa z Olimpu zobaczył.

-Hej... - przerywam mu ten moment zachwytu. - To Brian. Brian, a to jest Ethan. Pamiętasz, opowiadałam Ci historię o tym, jak uciekliśmy na Wasz koncert.

-Nie wierzę... Kurde, nie wierzę. Jakim cudem? - mój przyjaciel z dzieciństwa rzuca mi spojrzenie. - Powiedz mi jak. Proszę. To... to nie może być prawdziwy May. Nie ma takiej opcji.

-Przepraszam bardzo. Czy któreś z Was może mi wyjaśnić o co chodzi? - staruszek przygląda się nam badawczo. Nawet nie speszył go fakt, że właśnie pokazał się jakiemuś obcemu facetowi w swoim starym szlafroku w jakieś durne wzorki i szlaczki. Ja na jego miejscu zapadłabym się pod ziemię. Zwłaszcza, że owy nieznajomy uważa go za 7 cud świata. Na całe szczęście Brian jest taki jaki jest, czyli spokojnie podchodzi do wszystkiego, co stanie na jego drodze. Ostatni wybuch jego emocji był chyba wtedy, gdy zmarła Lucy... Chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zwracałam na niego uwagi. Moim jedynym priorytetem było wtedy dotknąć nadgarstka siostry, wyczuć puls i przekonać się, że jej śmierć to tylko zły sen.

-Tak więc... - zaczynam i natychmiast się reflektuję. Staruszek nie cierpi, gdy ktoś zaczyna zdanie od ,,więc"  - Wywaliłam się na ulicy, co pewnie zresztą widzisz. - wskazuję tu na moją twarz i koszulkę, które są całe we krwi. Krzywi się. - I przez przypadek akurat przechodził sobie pewien ratownik medyczny, który postanowił mi pomóc. Co ciekawe, okazało się, że my się już znamy.

-Ale czy to naprawdę Pan? - wpada mi w słowo Ethan. Jest tak podekscytowany, zachowuje się jak małe dziecko. Macha rękoma, nie może wytrzymać w miejscu. Gdyby nie to, że wokół May'a panuje jakaś taka aura powagi, to z pewnością rzuciłby się mu na szyję i wisiałby tak i kilka lat. Nie tylko dlatego, że gitarzysta jest jednym z jego największych idoli. Znam mentalność sieroty. Kogoś kto tak rozpaczliwie potrzebuje bliskości. Może on tego nie okazuje, ale z pewnością czuje tą pustkę.

-Tak, a przynajmniej wydaje mi się, że jestem sobą. Kim innym w sumie mógłbym być? - odpowiada tata (uznałam, że jak będę go tak częściej nazywać, to w końcu się przełamię i będę tak do niego mówić cały czas. Nie tylko tak od święta.). - A Ty co taka wesoła? Jak wychodziłaś na ten spacer, to byłaś prochem człowieka. Byłaś załamana. Teraz promieniejesz. Co się z Tobą dzieje? Naprawdę synu, nie rozumiem czasem kobiet. - zerka na Ethana.

Czuję ukłucie zazdrości. ,,Synu". Nie zgadzam się. Wiem, że jestem egoistyczna. Jestem okropna. Takie małe gesty czynią z dziecka bez rodziców kogoś szczęśliwego. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Zanim zaadoptował mnie Brian, umierałam z radości gdy ktoś zwrócił się do mnie ,,kochanie". Ale teraz chce zatrzymać to szczęście tylko dla siebie. To podłe z mojej strony, ale nic na to nie mogę poradzić. Chociaż gdy stoję koło Ethana czuję się jakoś bezpiecznie. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby z nami został... Coś do mnie nagle dociera.

-To może... wy porozmawiajcie przez chwilkę, a ja pójdę do kogoś zadzwonić. - patrzę znacząco na May'a. Chyba domyśla się o kim mówię. - To bardzo pilne. - zaznaczam.

-No dobrze, ale wracaj szybko. - zgadza się tata. Zdezorientowany próbuje dyskutować z oczarowanym nim chłopakiem, ale coś im nie idzie. Trudno, muszę zatelefonować. Nie wytrzymam bez tego minuty dłużej. Zresztą chyba już mogę. Wybieram numer. Znam go na pamięć. 730 291 852. Odchodzę na taką odległość, by mieć pewność, że nikt mnie nie słyszy. W słuchawce odzywa się męski głos.

-Halo... Anthony to Ty?

Czekałam całą wieczność. Cały tydzień. Chciałam tylko go usłyszeć. Adam. Boże, czy ja go nadal kocham? Teraz już mam wątpliwości. Czy to w ogóle można było nazwać miłością? Bo właśnie chcę mu oznajmić, że to koniec. Ale wydaje mi się, że robię słusznie. Mój długowłosy przyjaciel w jakiś sposób sprawia, że ta dziura spowodowana brakiem Lamberta zasklepia się troszkę.

-Cześć... To ja.

-Ale pamiętasz, że masz zadzwonić dopiero jak Ci przejdzie? - upewnia się. Gdy tu był wszystko było lepsze. Jego barwa głosu brzmiała inaczej. Teraz... to nie to samo.

-Tak, ja właśnie o tym...

-Czyli już? Tyle jest warte Twoje uczucie? Tydzień i trochę łez? Fajnie wiedzieć. Po za tym, kim jest wybraniec Twego serca? - przerywa mi.

Zamieram. Każdy fragment mojego ciała kamienieje. Boję się odezwać. Czy on ma rację? I czy ja mam rację, mówiąc mu to, że już nie jest dla mnie tym kimś, z kim chce się spędzić całe życie? Przecież mieliśmy być tylko przyjaciółmi. I teraz gdy chcę mu przekazać, że moja udręka się już skończyła, on tak reaguje...

-Myślałam... Myślałam, że nie chcesz mojego cierpienia Adam. Zresztą wybacz, jak można kochać kogoś, kto opuszcza Cię wtedy, gdy najbardziej potrzebujesz wsparcia? Czy to jest fair? Nie rozumiem Cię. Na co Ty liczysz, co? Nie. No nie. Za kogo Ty mnie uważasz?

-Sam już nie wiem kim dla mnie jesteś. - dociera do mnie jego chłodna odpowiedź.

-Jak w ogóle możesz tak mówić?

-Ja słyszysz - mogę.

-Chryste... A ja myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. Myliłam się chyba. - biorę głęboki oddech. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie. Nie. Nie.

-Mam dosyć. Wiesz co? Nie dzwoń do mnie. To nie ma już sensu. - już miałam go przeprosić. Już miałam prosić o wybaczenie. Ale on tego najwyraźniej nie pragnie tak samo jak ja.

-Pieprz się. - syczę. Telefon wypada mi z drżącej dłoni. Jego słowa bolą mnie bardziej niż wszystko, co do tej pory przeszłam. Łzy już płyną po moich policzkach. Znów. Przez niego. Mam ochotę rzucić się na ziemię i płakać, ale opanowuję się. Tam czekają na mnie Brian i Ethan. Muszę grać. Założyć maskę i udawać, że wszystko jest ok.


A oto Roger Taylor :))

Mam nadzieję, że spodobał Wam się już 20 rozdział mojego ff. Przede wszystkim chciałabym Wam serdecznie podziękować za tyle miłych komentarzy od Was - dodam jeszcze, że we wszystkie linki pozostawione przez Was staram się wejść i skomentować waszą twórczość. Gdyby była taka potrzeba zawsze możecie do mnie napisać maila :))

Dajcie mi znać, czy ten rozdział nie był dla Was zbyt chaotyczny czy coś :))

piątek, 4 grudnia 2015

19

-To Ty? - słyszę jego szept. - Ale... jakim cudem? Przecież...

-Ethan, ja naprawdę przepraszam, że Cię tak zostawiłam, bez pożegnania czy żadnych słów wyjaśnienia...

-Nie, nie. - unosi na mnie swoje wielkie, brązowe oczy. Nie umiem z nich odczytać czy jest smutny, rozczarowany czy może zdziwiony. - Nie... - parsa śmiechem. - Ty nie możesz być Anthony. Powiedzieli nam, że trafiła razem z siostrą do szpitala psychiatrycznego. Z powodu ich ciężkiej przeszłości.

-Ethan. - chwytam go za ramię. - Tak Wam powiedzieli w sierocińcu? W domu dziecka?

-Tak.

-Nie wiem czemu Was okłamali. Może po to, żeby nie było Wam przykro? Nie mam bladego pojęcia. Zresztą to nieistotne. Słuchaj, my zostałyśmy zaadoptowane. Przez... -waham się chwilę czy mu to powiedzieć. - Przez Brian'a May'a. - kończę. W tym momencie mężczyzna wybucha śmiechem. Z trudem łapie oddech. Podpiera się dłonią o słup, o który przed momentem się uderzyłam. Stoję oniemiała, bo co niby mam zrobić.

-Wybacz... - rzuca w końcu. Jego twarz jest czerwona, a po policzkach spływają mu łzy. Nadal jest nieźle ubawiony. Milczę. Przyglądam mu się chłodno. Ja wiem, że mu w to trudno uwierzyć. To zrozumiałe. Ale... on mnie zwyczajnie wyśmiał. - Próbujesz mi wmówić, że przygarnął Cię gitarzysta Queen? Serio?

-Mogę Ci to udowodnić. - czuję się jak malutkie dziecko muszące tłumaczyć się przed dorosłym.

-Nie, nie... Najpierw tez myślałem, że Anthony ktoś wziął. Teraz widzę, że albo rzeczywiście trafiłaś do psychiatryka i jeszcze Ci nie przeszło, albo mnie wkręcasz, albo też nie jesteś moją przyjaciółką.

-Zadaj mi jakiekolwiek pytanie! - proponuje z desperacją. Nie chce żeby teraz odszedł. - Zobaczysz, że ja jestem tą małą dziewczynką z którą uciekłeś na koncert.

-Niech ci będzie, ale to nie ma sensu... Jak mieli na imię Twoi rodzice?

-Christian i Maria.

-Wprawdzie odpowiedź jest poprawna, ale... Sam jestem zaskoczony. No dobrze, załóżmy że jesteś Anthony. Ale po jakiego diabła wmawiasz mi, że Twoim ojcem jest May? Myślisz, że się nabiorę? Daruj sobie, ja już dorosłem, ok?

-Nic Ci nie wmawiam... Zresztą chodź ze mną... To znaczy, masz jeszcze trochę czasu? - poprawiam się. Nie chcę żeby to zabrzmiało jak rozkaz.

-Ok, mogę iść. - wzrusza ramionami. - Nadal nie wierzę w Brian'a, ale... to naprawdę Ty?

-Tak! - krzyczę. - Aż tak trudno Ci to dostrzec?! Spędziłeś ze mną jakieś 5 lat i nadal nie umiesz mnie rozpoznać?!

-Uspokój się. - rozkłada dłonie w obronnym geście.Chyba go lekko przestraszyłam. - Doznałaś wypadku, może to jest powodem, że teraz tak gadasz...

-Chryste, naprawdę się taki stałeś odkąd Cię ostatni raz widziałam? - wzdycham. Idziemy milcząc. Chcę go zaprowadzić do domu i pokazać mu gitarzystę. Już jest niedaleko. Mam nadzieję, że teraz mu coś nie strzeli do głowy i nie zrezygnuje, uznając mnie za skończoną idiotkę.

-A jak tam Lucy? - zagaja. Pewnie znowu chce mnie sprawdzić.

-Nie żyje. - odpowiadam szybko.

-Jak to? - Ethan aż przystaje. - Co się stało?

-Ludzie mają tą specyficzną właściwość, że z czasem stają się przeterminowani. Jak jogurt. W sumie bardzo to ciekawe. Wyobraź sobie, że jesteś, dajmy na to serkiem waniliowym. Z czasem co raz mniej nadajesz się do spożycia. Tylko że w niektórych wypadkach opakowania produktów mają wady. Brak etykiety i takie tam. Lucy brakowało wieczka. I ta zawartość popsuła się trochę za szybko. Zleciały się muchy... - próbuję powstrzymać ten kretyński potok słów, ale nie mogę. Skąd w moim mózgu wzięły się takie ,,mądrości"?

-Ale... co się stało? - chłopak jest wyraźnie zdezorientowany. - Popełniła...?

-Nie. Morderstwo.

-Co?! - łapie mnie za łokcie.

-Morderstwo. - powtarzam spokojnie.

-Ale... Po co ktoś miałby zabijać Lucy?! Złapali go? W sensie tego, który to zrobił?

-Nie... Uznali, że to samobójstwo. To skomplikowane, nie chcę się w to teraz zagłębiać. To już tu, chodź. - ciągnę go za rękę. - Może dla odmiany powiedz mi co u Ciebie? O ile już mi wierzysz, że jestem Anthony, a nie jakąś przypadkowo spotkaną psychopatką.

-A ja... pracuję jako ratownik medyczny, co zresztą zdążyłaś już odkryć... - prowadzę chłopaka po kamiennej ścieżce rozciągającej się w ogrodzie. Mijamy fontannę, z którą zawsze będzie się wiązać tyle cudownych wspomnień.Dopiero teraz, rozmawiając z Ethanem, widzę jak dobrze rozumiałam się z Adamem.

-O już jesteś! - słyszę wołanie od strony domu. Na spotkanie wychodzi nam nie kto inny tylko Brian we własnej osobie. Jest w swoim ukochanym szlafroku w indyjskie wzory i pluszowych bamboszach. Namawiałam go, żeby je wyrzucił, ale on właśnie najbardziej je lubi. Czy ten człowiek się nie czesze?! Wygląda jakby nie dotykał grzebienia od tygodnia... Właściwie jest to całkiem możliwe. Ale cóż... May jest niereformowalny. Z zaciekawieniem spoglądam na reakcję mojego przyjaciela.


A oto i Ethan we własnej osobie :) Mam nadzieję, że podobał Wam się ten rozdział. Serdecznie zapraszam do komentowania, gdyż każde słowo od Was jest na wagę złota ♥