poniedziałek, 30 listopada 2015

18

Tydzień. Siedem dni. 168 godzin. 10080 minut. 604800 sekund. Za długo... Zdecydowanie za długo. Siedzę na przeciw telefonu i myślę. Jeszcze nie pora. Jeszcze jestem zakochana. Jeszcze...

-Idź się przejść na jakiś spacer... - Brian z litością na mnie spogląda. Unoszę brwi. Bo to pomoże, tak? Jedna przechadzka i moje całe życie zrobi się różowe jak jakieś posrane kucyki pony? Zapomnę?

-Nie chce mi się... - opieram głowę o ścianę. Dość. Przestań mnie dręczyć mózgu. Wyłącz się. Daj mi święty spokój. Odczep się. Idź precz. Zniknij. Niestety, on nie chce. Katuje mnie całą dobę. Nie ma się co oszukiwać - mam w swojej czaszce dziada, który tylko cieszy się z mojego nieszczęścia.

-Idź... Proszę, tylko 10 minut.

-Jezus, skoro tak Ci zależy. - leniwie unoszę się z kanapy przeczesując ręką włosy, które powinnam była ufarbować już dawno. Teraz widać już brązowe odrosty, które przy białym odcieniu nie wyglądają zachęcająco. Powoli wciągam buty. I wychodzę. Tak jak stałam - w pomiętym T-shircie May'a i spranych leginsach. Nie obchodzi mnie mój wygląd. Mam tysiące gorszych problemów, wierzcie mi. Słońce świeci, jakby nic się nigdy nie stało.  Nawet Korpoludki jakieś dzisiaj takie radosne. Zamykam oczy. Promienie delikatnie muskają moją twarz.

Krok za krokiem przemierzam rozgrzany chodnik. Zastanawiam się, co będzie dalej. Nagle czuję jak odpływają ze mnie wszelkie siły. Tracę świadomość. Kręci mi się w głowie. Migają mi domy, drzewa, samochody. Czemu wokoło mnie nagle zrobiło się ciemno? Chryste... Uderzam się o latarnię. Albo słup. Nie mam pojęcia. Kurde... Upadam. Moje dłonie zanurzają się w suchej trawie. Leżę.

-Przepraszam...

Ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. Tak jak kiedyś Adam. Coś spływa mi po brodzie. Ryczę? Nie... Przykładam to podbródka palce.  Krew. Super. Fajnie. Fantastycznie. Genialnie. Świetnie.

-Przepraszam... - powtarza nieśmiały głos. - Trzeba Pani jakoś pomóc?

Kto to? Jezus, zresztą nie istotne. Jego byt zajmuje mnie tyle, co nic. Usiłuję się podnieść. Tajemnicza, koścista ręka mi w tym pomaga. Obca ręka.


-Dziękuję... - mruczę pod nosem. Czerwona ciecz zdążyła mi już poplamić całą bluzkę. Nadal nie znalazłam jej źródła. Trudno. Stoi przede mną chłopak o długich kruczoczarnych włosach. Chyba tylko nieco starszy ode mnie. Typ takiego buntownika. Chyba przystojny. Nie mi jednak to oceniać. Już zamierzam się oddalić na chwiejnych nogach, gdy słyszę jeszcze:

-A... na pewno nie chcesz jakiejś chusteczki?

-Czyli już przeszliśmy na Ty? - odwracam się i przyglądam się mu chłodno. - Nie, dziękuję.

-Ale.. nie... chodzi o to, że może powinnaś to wytrzeć. - z lekką odrazą pokazuje spływający mi z szyi potok krwi. - I może by Ci to jakoś zatamować.

-Przeżyję. - prycham. Mam po dziurki w nosie tego faceta. Może i stara się być miły, ale nie... Nie chcę kontaktów z ludźmi z poza domu Brian'a. Po prostu chcę milczeć. I być sama.

-Nie wątpię. - po raz pierwszy od naszego spotkania się uśmiecha. - Ale daj mi coś z tym zrobić. Jestem ratownikiem medycznym i to trzeba opatrzyć.

Zauważam, że ma koszulkę z logo Queen. Zaciekawiona tym faktem daje mu przytknąć papierową chustkę do mojego czoła. Że on się nie brzydzi... Ale w sumie skoro ma taki zawód, to na co dzień ma takie przypadki.

-Lubisz ten zespół? - wskazuję palcem na jego T-shirt. Postanawiam jednak nawiązać rozmowę z tym gościem.

-Kocham. Serio, to jest legenda. Szkoda, że już nie grają. Nawet miałem takie zabawne wydarzenie związane z Freddie'm. Mogę Ci opowiedzieć.

-Opowiadaj.

-Może pominę niektóre szczegóły, nie chcę już do nich wracać. Poznałem kiedyś taka dziewczynę - nazywała się Anthony. - zamieram. Serce momentalnie przestaje mi bić. Czyżby... - Pewnego razu uciekłem z nią na ich koncert. Wprawdzie nie mieliśmy biletów, ale... Coś nie tak? - ze zdziwieniem mi się przygląda.

Jestem oniemiała. Ethan. Mój jedyny przyjaciel za czasów gdy byłam w sierocińcu. Ktoś kogo kochałam jak brata, a później go zostawiłam. Jezus... To on. Nie wierzę. On. Stoi przede mną ten piętnastolatek, z którym uciekałam z domu dziecka. On we własnej osobie.

-Nie, nic. - kłamię. - A co było po tym? - chcę wykorzystać to, że on nie wie. Może zdradzi, czy ma do mnie żal, o to, że zostałam zaadoptowana i olałam go. Jakby był dla mnie tylko powietrzem.

-Aaa... - chłopak odrywa dłoń z opatrunkiem od krwawiącego miejsca. - Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. No, chyba już z Tobą wszystko ok.

-Ethan. - szepcę.

-Co?! Czekaj, co ty powiedziałaś?!

-Ethan, to ja, Anthony.


Poznajecie kim jest ta osóbka? Blacky :) Albo Alex, jak kto woli. I ten rozdział jest jej zadedykowany właśnie jej ♥ Ona wie czemu :) (bo naprawdę istnieje, jakby ktoś nie pamiętał.: :))

czwartek, 26 listopada 2015

17

Czuję jak Brian zamiera. Dosłownie słyszę jak przestaje oddychać.

-Czy... czy coś się stało? - pytam zaniepokojona. Mój cały tusz do rzęs jest rozmazany na policzkach, oczy przekrwione, a włosy w nieładzie i mimo to, JA się pytam czy wszystko jest ok. Jakby u mnie było dobrze. Życie to jedna wielka paranoja.

-Nie... Po prostu po raz pierwszy nazwałaś mnie... swoim tatą. - mówi wzruszonym głosem. - Ja... dziękuję, że tu jesteś córciu.

Po mojej twarzy znów płyną strumienie łez. Ale tym razem są to łzy szczęścia. Czekałam na ten moment, od kiedy tylko poznałam May'a. Chciałam potwierdzenia, że ktoś na tym świecie jeszcze mnie kocha. A jednocześnie sama nie mogłam się na takie wyznanie zdobyć. Chyba przełamaliśmy ten ostatni mur, który nas dzielił. Zawsze wyczuwaliśmy jakąś rezerwę, ze względu a to, że zostałam zaadoptowana. Teraz jakby ona zniknęła. Nasze relacje przerodziły się w "ojciec - dziecko". Brakowało mi tego. Chryste, jak bardzo mi tego brakowało... Wtulam się w wiecznie poplątane loki gitarzysty. Płaczę.Odnajduję w sobie tą ośmiolatkę, pozbawioną matki dziewczynkę, z zapijaczonym rodzicem i złamanym sercem.

-Kochasz mnie? - szepczę. Ja muszę się upewnić Muszę. On tylko spogląda na mnie i już wiem.

-Anthony, zrozum, że nie jesteś sama. Masz przyjaciół. I proszę Cię, przestań się w końcu obwiniać o śmierć Lucy i tryliardy innych wydarzeń. Ja to widzę. Jak chodzisz wszędzie zgarbiona, przerażona. Czemu to robisz? Jeszcze przez pewien czas byłaś taka wesoła, to chyba była zasługa Adama. Tak, jestem mu niesamowicie wdzięczny, że sprawił, że choć przez chwile byłaś szczęśliwa. Jestem wściekły na siebie, że zaproponowałem mu wyjazd do Ameryki... Jak teraz na Ciebie patrzę... Nie bądź taka załamana.

-I tak by tam wrócił... - mruczę.

-Ale... może nie wydarzyłoby się to tak szybko? Podobno dowiedziałaś się dopiero wczoraj.

-Tak. - opieram się o ścianę, bo mam wrażenie, że zaraz upadnę. Kręci mi się w głowie. Szampan, informacja o tym, że Adam się wyprowadza, pocałunek... Każda z tych sytuacji powraca do mnie niczym bumerang. I zadaje ból.

-A między Wami... jest coś więcej niż... no...

-Nie. - urywam. Nie mam siły mówić więcej. Kucam i chowam twarz w dłoniach.

-Ale wy...

-Tak wiem, całowaliśmy się. - rzucam. - Ale on jest gejem.

-A już myślałem... - Bri przysiada koło mnie. - Przepraszam, że o to spytałem. Chyba Cię zraniłem.

-Nie przejmuj się i tak jestem na skraju załamania nerwowego.

-Ale czy Adam na pewno... W sensie on jest homoseksualny?

-Tak i Twoje plany zeswatania nas się nigdy nie spełnią. Chociaż w sumie teraz to nie byłby taki zły pomysł.

-Zakochałaś się? - pyta.

-Nie chcę teraz o tym rozmawiać, wybacz. To mnie przeciąża. Nie daję sobie z tym rady.

-Może zadzwonisz do...

-Nie. - ucinam. - Mówił, żebym nie komunikowała się z nim dopóki mi nie przejdzie.

-Czyli...

-Czyli jeszcze trochę będzie musiał poczekać na mój telefon. A teraz chyba się przejdę. Muszę ochłonąć. Dziękuję Ci Brian, kocham Cię naprawdę. - coś ściska mnie w gardle. Wychodzę. Na dworze świeci słońce, ptaki śpiewają, pszczoły bzyczą i pewnie miliardy innych zwierząt też coś robi. I mają świetny humor. Czemu los akurat mnie sobie wybrał do dręczenia i nękania?

Nagle potrącam coś stopą. Schylam się i spomiędzy źdźbeł trawy wygrzebuję korek od szampana. Tego, którego piliśmy razem z Lambertem. A więc to tu się podział... Obracam go delikatnie w dłoniach i chowam do kieszeni. Najcenniejszy przedmiot, jaki posiadam.

Mam nadzieję, że Wam się spodobał ten rozdział i przysięgam - następne będą już bardziej... dynamiczne?  To chyba dobre określenie ♥
Dzisiaj króciutko, bo i tak nie ma co więcej pisać, wszystko zostało zawarte w tym jednym, krótkim rozdziale. I jeszcze jedno - POPRZEDNI ROZDZIAŁ ZOSTAŁ ZMODYFIKOWANY, więc jeżeli go nie czytałeś/aś w nowej postaci - zapraszam ♥

wtorek, 24 listopada 2015

16 - poprawiony!

Rozglądam się po naszym salonie. Wokoło panuje cisza, nikogo nie ma. Czyli Adam nie chce ze mną rozmawiać, póki się w nim nie odkocham? Dobrze. Nie, wcale nie dobrze! Przecież... mi się on nie przestanie podobać. Moje myśli mnie zabijają. Chryste, mam już tego dość! Ręce mi drżą, nadal nie umiem opanować się po... próbie samobójczej? Czy to można tak nazwać? Przecież  w ostatnim momencie się powstrzymałam. Dopiero teraz dociera do mnie, co by się działo, gdybym to jednak zrobiła. Zaczynam się zastanawiać, kto tak naprawdę by się smucił po mojej śmierci. Brian? Chyba tak. Jeszcze Alex. Adamowi pewnie by ulżyło, że już nie musi się martwić o mój stan psychiczny. A po za tym? Breckin jak zwykle by to wszystko olał, Ed może wyraził by jakieś wyrazy współczucia.

-Hej, Anthony! - słyszę wołanie Lamberta. Po niecałej sekundzie opada on na fotel obok mnie i odgarnia z czoła przydługą grzywkę. - Tak się składa, że w naszym miejscu kompletnie zapomniałem Ci powiedzieć, kim tak naprawdę dla mnie jesteś.

-Taa... Nie wiem czy chcę to słyszeć. - mówię ponuro.

-Nie przejmuj się, tak źle nie jest. - rzuca beztrosko. - Nie, na serio muszę Ci podziękować.

-Mnie? - ze zdziwieniem unoszę brwi. - Za co znowu?

-Za to, że jesteś moją przyjaciółką. Zresztą, gdyby nie Ty, to bym nie był tu gdzie jestem.

-Naprawdę miło to słyszeć... tylko że to nieprawda. Sam zawdzięczasz sobie wszystkie swoje sukcesy. Ja nie mam w tym żadnego udziału. - mówię łagodnie.

-Ale bez Ciebie nadal byłbym tym grubym rudzielcem z zaniżoną samooceną. - uśmiecha się.

-No dobra, wygrałeś. - kapituluję. - Wiesz, że będzie mi tu Ciebie brakować?

-A sądzisz, że ja nie będę tęsknił? Przecież ja też mam jakieś emocje. - usiłuje żartować, mimo że na pewno też jest mu trudno. - Ale będę dzwonił. I pisał maile. Jakoś damy radę. Później będą trasy koncertowe Queen. Pojedziesz, nie? - bardziej stwierdza niż pyta. - Już dawno zauważyłem, że Brian nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez Ciebie. Niby taki ogarnięty, a jednak. On Cię kocha. Strasznie kocha. - zagląda mi głęboko w oczy. To spojrzenie przyprawia mnie o dreszcze. Szybko odwracam wzrok.

-Mam tego świadomość. Ja też go... - nagle zamieram. Twarz chłopaka znajduje się tak blisko mojej. Czy znowu...? Miętolę w dłoni skrawek podkoszulka. Czy on tego nie zauważa?! Po chwili przyciska usta do mojej szyi. Już mam go odepchnąć, ale coś mnie powstrzymuje. Delikatnie chwyta mnie za ramiona i przyciąga bliżej do siebie. Nie... Tak! Ja już zupełnie straciłam panowanie nad sobą. Czuję palce Lamberta przy swoim uchu. Czy to coś znaczy? Czy to nie skończy się tak jak przedtem? Przełamuję się i odwzajemniam pocałunek.

-A... ja ten no... bardzo przepraszam... - dochodzi nas zmieszany głos May'a. - Już... to przez przypadek... Pójdę lepiej... - czerwony jak burak wycofuje się z salonu. ON TO WIDZIAŁ. Nie, cholera, już gorzej być nie mogło! Z wściekłością podrywam się z kanapy.

-Czemu to zrobiłeś?! Przecież doskonale wiesz jak ja się później czuję... - syczę. Adam wstaje i podchodzi do mnie. Chce coś mi powiedzieć, ale nie daję mu dojść do słowa. - Znowu zapomniałeś na moment, że jesteś gejem, tak?! Omawialiśmy to, doskonale wiesz, że ja potem cierpię. - mam ochotę mu jeszcze wygarnąć jakie mam o tym zdanie, ale wybucham płaczem. Chłopak milcząc obejmuje mnie. - Zrozum, że ja nie jestem Twoją zabawką. - dodaje jeszcze. Łamię się. Na tysiąc malutkich cząsteczek. Powoli zmieniam się w taką górkę fragmentów człowieka. Nie jestem całością. Każda moja komórka stanowi teraz jakąś osobną istotę, nie mogę się pozbierać.

-Anthony... - Adam delikatnie gładzi mnie po plecach. - Nigdy bym tak nie pomyślał. To by była moja największa życiowa porażka.

Uwalniam się z jego objęć i idę do mojego pokoju. Chcę teraz być sama. On to znowu zrobił... Znowu. Jestem zagubiona. Nie mam pojęcia co dalej robić. To już jest ponad mnie. Problemy, których sobie nagromadziłam wlazły mi teraz na głowę i nie dają mi spokojnie żyć. Chryste, nadal czuję na ustach wargi Lamberta. Nie mogę tak dłużej... Może to i lepiej, że on wyjedzie? Zostawi mnie? Nie będę musiała bezsensownie być raniona. Nawet jego widok sprawia mi ból.

-Ja już muszę iść. - W otwartych drzwiach pojawia się czarnowłosy. W ręce trzyma walizkę ważącą chyba z 10 kilo.

-Pamiętaj, że ja nie chciałem Cię skrzywdzić. Proszę. I... Przepraszam. Nie dzwoń teraz, to nie jest dobry pomysł. Po prostu... zakochaj się w kimś innym. Kimś kto potrafi docenić, jakie znaczenie ma miłość. Do zobaczenia. - Czuję jakby ktoś mnie spoliczkował. Chyba to samo jest wymalowane na mojej twarzy.

Adam wychodzi. Nagle znika. Na 2, może więcej lat. Tak zwyczajnie, jakby przez całe życie nic inego nie robił. Opuszcza mnie. Biegnę do okna w holu. Dostrzegam jeszcze jak odjeżdża taksówka.

-Co się z Tobą dzieje Anthony? - zmartwiony Brian staje obok mnie. Łkając rzucam mu się na szyję szepcąc:

-Ja już mam tego wszystkiego dosyć, Tatusiu...


Chciałabym Was przeprosić, za to, że z tym rozdziałem były takie kłopoty. Niestety, przez brak weny napisałam coś zupełnie pozbawionego sensu. Mam nadzieję, że teraz Was nie zawiodę ♥

czwartek, 19 listopada 2015

15

-Adam... Czemu? - ledwo łapię oddech. - Za ile?

-Spokojnie, jeszcze trochę czasu jest.. - wyjaśnia. - Brian, moja walizka już jest gotowa. Przepraszam, musiało mi wylecieć to z głowy. Zupełnie zapomniałem, żeby Ci powiedzieć kiedy... To chyba przez te wczorajsze...

-Przez co? - May podejrzliwie się nam przygląda.

-Nie ważne. - Lambert uprzedza potok żalów, który właśnie miałam z siebie wylać. - Anthony za godzinę w naszym miejscu, ok? Musimy pogadać. - dodaje, po czym opuszcza łazienkę. Jestem czerwona jak burak. Dobrze, że tego nie zauważył...

-Nie rozumiem młodych ludzi... - Brian unosi brwi. - Ale cóż zrobić. - zostawia mnie samą. Nareszcie chwila dla siebie. Z małego koszyczka wyjmuję szczotkę i zaczynam rozczesywać moje skołtunione, białe kudły. Dlaczego je w ogóle pofarbowałam? Lucy, oczywiście... To ona mnie namówiła na ,,jakiś szalony kolor". I zdecydowałam się na ten.

Po doprowadzeniu się do stanu używalności, wkładam prostą, zwiewną sukienkę i trampki. Nie chcę się przesadnie stroić. Nie tym razem. Jeszcze Adam uzna, że to specjalnie dla niego.Lekki makijaż i nawet jakoś wyglądam. Jak na kogoś, kto właśnie został odrzucony, przez pierwszą osobę w jakiej się zakochał, to nawet nieźle jest. Chyba już powinnam wyjść. ,,Nasze miejsce" o które chodziło chłopakowi, to górka na którą kiedyś razem pobiegliśmy. Było to wtedy, gdy czarnowłosy był jeszcze nieco... gruby. Delikatnie mówiąc. I później dzwoniłam po taxi, bo temu nie chciało się samemu wracać. I ja musiałam za to płacić.

Wolnym krokiem wychodzę na asfaltową ulicę ciągnącą się przed naszym domem. Korpoludki dawno w pracy, więc nikt nie będzie mnie wytykał palcami. Po paru akcjach, które odstawiliśmy z Adamem, ludzie raczej nas tu nie lubią. Chociażby nasze nocne śpiewanie w ogrodzie. Co z tego, że nie fałszujemy? Podobno nasi sąsiedzi jak wracają wreszcie z pracy, to mają jeszcze mnóstwo roboty i to im przeszkadza. No cóż.

Zamyślona dochodzę do wzniesienia. Chłopak już tam czeka. Lekko unosi kąciki ust.

-Hej. - zaczynam zmieszana. - Wiesz... Chciałam Cię bardzo przeprosić, bo... - braknie mi słów.

-To nie jest Twoja wina. Tak naprawdę, to ja ponoszę konsekwencje. Ja Cię zraniłem, nie Ty mnie.

Zwieszam głowę. Nie chcę nic mówić, ale to prawda. Połamał mi serce.

-Może nawet lepiej, że dziś wyjadę. Nie mogę znieść świadomości, że coś takiego Ci zrobiłem. Nie, na to nie ma usprawiedliwienia.

-Chyba się za bardzo obwiniasz. - wymuszam uśmiech. Zbliżam się do urwiska, z którego tak cudownie widać miasto. Siadam na kamiennej krawędzi i pozwalam moim nogom swobodnie zwisać. Nagle dochodzę do wniosku, że jeżeli tak bym się odepchnęła i ,,przez przypadek" spadła, może na zawsze skończyłaby się ta moja mała męka zwana inaczej życiem. Robię krótki rachunek sumienia. Plusy: kiedyś będzie lepiej. Minusy: Albo gorzej. Czyli takie pół na pół. Ale przed oczami staje mi mama, Lucy, twarz Adama po naszym pocałunku. I już jestem zdecydowana. Drżę. Czyli tak się czują samobójcy. Wtem słyszę w głowie głos Brian'a: Nie chcę zostać sam.

-Anthony... - Lambert przyglądał mi się przez parę minut. - Co Ty próbujesz zrobić?

-Ja.. - próbuję szybko wymyślić jakąś sensowną odpowiedź. - Nic.

Czarnowłosy usadawia się koło mnie.

-Nie wiem co się dzieje wewnątrz Ciebie. - przyznaje. - Sądzę jednak, że to musi być coś strasznego. Powiem Ci tylko, że świetnie to ukrywasz. Ja bym się złamał od razu. Wprawdzie kocham aktorstwo, ale udawanie w realnym świecie jest o stokroć razy trudniejsze niż w tym wymyślonym.

Łza płynie mi po brodzie. Ocieram ją szybkim ruchem.

-Przepraszam Cię. Gdybym mógł cofnąć czas, za żadne skarby świata bym tego nie zrobił. Teraz dopiero widzę skutki.

-Przestań się winić! To naprawdę staje się wkurzające. Po prostu nie mówmy już o tym. Nie będzie Cię trochę, może mi przejdzie. To pewnie chwilowe, jestem dość kochliwa. - kłamię.

-Uff, ulżyło mi. Już się bałem, że będziesz taka smutna chodzić przez całe życie, jeszcze się potniesz czy wpadnie Ci do głowy popełnienie samobójstwa... - urywa. - Nie przyjdzie mam nadzieję?

-Nie, no co Ty... - śmieję się, ale doskonale zdaję sobie sprawę ile mnie to kosztuje. -Ty już byś tylko chciał, żeby dla Ciebie wszyscy się zabijali. Ależ się zarozumiały zrobiłeś. Aż takie wielkie ego? - wyszczerzam zęby, ale czuję, że w gardle mam wielką gulę.

-Żartujesz. To znaczy, że wszystko dobrze z Tobą. - mierzy mnie swoim błękitnym spojrzeniem. - Cieszę się, że dałaś sobie radę. Dzielna dziewczynka.

-Co? - ze zdziwieniem na niego spoglądam. Co to za nowe określenie?

-Nieistotne. Zadzwoń do mnie dopiero wtedy, gdy będziesz miała pewność, że Ci przeszło. Obiecaj, że tak zrobisz. Będę czekał, choćby to miałyby być 2 lata.


mam nadzieję, że Wam się spodobało ♥ I że nowy wygląd bloga przypadł Wam do gustu. Nie jest to może odbierające dech w piersiach, ale jak na moje zdolności chyba ok (ah, ja ten mistrz painta ☻)



środa, 18 listopada 2015

14

Budzi mnie dźwięk alarmu ustawionego w moim telefonie. Z rezygnacją opuszczam cieplutkie łóżko i wlokę się do łazienki. Opieram dłonie o zlew i z ociąganiem spoglądam w lustro. Dopiero teraz dochodzi do mnie, co tak naprawdę wczoraj się stało.

-Nie... - szepcę do siebie. - Proszę, niech to będzie tylko sen...

Ale moja blada twarz i rozmazany tusz mówią zupełni co innego. Musiałam płakać. A skoro płakałam, to znaczy, że coś mnie do tego sprowokowało. A tym czymś był pocałunek z Adamem. Taa, jaki Sherlock Holmes ze mnie. Dedukcja na najwyższym poziomie. Słyszę pukanie do drzwi.

-Zajęte! - krzyczę. Cały świat wali mi się przed oczami. Cegiełka po cegiełce.

Hej. - po głosie poznaję, że to Brian. Jak zwykle spokojny i opanowany. - Daj mi chociaż wziąć szczoteczkę do zębów, bo ją tu zostawiłem.

Pozwalam mu wejść. May sięga po swoje rzeczy i już jest gotowy do wyjścia, ale w tym momencie mierzy mnie wzrokiem. Zdumiony przystaje gwałtownie, a pasta wypada mu z ręki.

-Chryste.... Co Ci się stało?- pyta mnie. Najwyraźniej przypomina sobie o upuszczonym przedmiocie i ze stękiem schyla się aby go podnieść.

-Czekaj, pomogę Ci. - wyprzedzam go i zabieram tubkę z kafelkowanej podłogi. Szybko wręczam mu ją i usiłuję go wypchnąć, bo chcę teraz pobyć sama.

-Co się stało? - zatrzymuje mnie staruszek. - Czy to ze względu na wyjazd Adama?

-Można by powiedzieć, że tak. - wzdycham. - Ale nie chcę się w to teraz zagłębiać.

-Słuchaj, tego nie da się odwołać. Zresztą dla niego to jest wielka szansa. Ogarnij się trochę, ale prędko, bo nie zdążysz się z nim pożegnać. Nie powinien Cię widzieć w takim stanie.

-Co? - zdezorientowana chwytam go za ramię.

-Jak to co? Nie powinien i już. Wyglądasz tragicznie.

-Nie, nie to! Jak to prędko? Jeszcze dużo czasu, czekaj... za ile on wyjeżdża? Za miesiąc? Za dwa?

-Anthony, czy Tobie się coś nie pomyliło?

-A co mi miało się pomylić? Nie wiem, nikt mi nie mówił kiedy Adam wraca do Ameryki! - rzucam histerycznie. Tracę grunt pod stopami.

-Uspokój się, proszę... Nic Ci nie powiedział? Serio? To czemu płakałaś?

-Kiedy?! - nie mogę zapanować nad tym, co dzieje się w mojej głowie. Coś tylko mi w środku mówi ,,Byleby nie dzisiaj, nawet jutro, ale nie dzisiaj".

Nagle do łazienki wchodzi Lambert. Przez ramię ma przewieszony ręcznik, w dłoni trzyma jakiś żel pod prysznic.Zaskoczony spogląda na mnie i na Brian'a. No tak, z jego perspektywy to musi być co najmniej bardzo ciekawe widowisko. Stary facet w czerwonym szlafroku w indyjskie wzory próbuje uspokoić idiotkę, która go wczoraj pocałowała. I wiedziała, że jest gejem.

-Adam... Czemu jej nie powiedziałeś? - May patrzy na chłopaka.

-Ale o czym? Wszystko omawialiśmy...

-Kiedy wyjeżdżasz? - zwracam się do niego. Serce bije mi co raz to szybciej. Czuję jak się czerwienię. On nadal traktuje mnie z takim współczuciem. Biedna dziewczyna. Pewnie to o mnie myśli.

-No... dzisiaj.
 
A oto nasz cudowny fryzjer Scott :) Mam nadzieję, że Wam się spodobał ten rozdział, zapraszam do komentowania ♥

poniedziałek, 16 listopada 2015

13

Wokoło mnie jest ciemno. Małe lampeczki zawieszone tu przez Adama nic nie dają. Kręci mi się w głowie, nie mogę ufać moim rękom. Próbuję zaczerpnąć powietrza, ale przychodzi mi to z trudnością.

-Anthony... - słyszę zaniepokojonego Lamberta. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Nie, nie, nie! To się nie stało! A jednak...

-To był tylko pocałunek! Rozumiesz? Tylko! - te słowa są dla mnie niczym policzek. Nie muszę nic ukrywać. Chciałam, żeby to się stało. Z całego serca. Tak, jestem zakochana. I dla mnie to był najpiękniejszy moment w życiu. Dla niego - tylko pocałunek. Dobrze wiedzieć.

-Adam... - szepczę. Powoli odzyskuję świadomość. - Adam... przecież...

-Kurwa, ludzie na świcie cały czas się całują. I nic z tego nie wynika. To chwila zapomnienia. Koniec. To było, możemy to puścić w niepamięć. Bo zresztą co mogłoby być dalej? Ja jestem gejem. Geje nie chodzą z dziewczynami. To by było niedorzeczne! Po prostu nie mówmy już o tym. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

-Tak. Chyba tak. - odpowiadam. Tracę siły. Dla niego to nic. W ogóle najlepiej to głęboko zakopać. Bo on znajdzie sobie chłopaka i będzie szczęśliwy.Ja nie.

-Ale czemu to zrobiłeś? - udaje mi się jeszcze wydukać. Bezmyślnie podnoszę na niego wzrok. Jest zdenerwowany. Nie tak miała wyglądać ta noc.

-Czy naprawdę muszę drugi raz tłumaczyć? - wzdycha. Bezsilnie opada na poduszkę koło mnie. - Ja bardzo Cię lubię. Serio. Jestem Ci bardzo wdzięczny, wywróciłaś moje życie o 180 stopni - uśmiecha się. - Jesteś dla mnie jak siostra. Czasem mam wrażenie, że rozumiesz mnie lepiej od Neila (brat Adama) - opiera głowę na dłoni. - Kurde, Ty znasz wszystkie moje sekrety. Jeszcze w życiu się przed nikim tak nie otworzyłem. Ale nie przekraczajmy tej małej granicy. Proszę.

-Rozumiem. - przytakuję ze zwieszoną głową. - Rozumiem...

-Anthony... czy ty przypadkiem...? - chłopak spogląda na mnie przerażony.

Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby się domyślił? Już wie, co do niego czuję? Zrezygnowana prostuję plecy, próbując zachować choćby resztkę godności. A przynajmniej pozory.

-Nie mów mi, że Ty.. - głos zamiera mu w gardle. - Jezu, co ja Ci zrobiłem...

Upokorzona. To jest idealne słowo, które mnie opisuję. Policzki mnie palą, nie mogę nawet spojrzeć mu w oczy. Co za wstyd! Co za piekielny wstyd..

-Byłaś we mnie zakochana? - pyta łagodnie.

-Adam, nie rozmawiajmy już o tym...

-Musimy. - delikatnie próbuje położyć dłoń na moim ramieniu. Cofam się jak oparzona. Nie chcę dotyku.

-Nie teraz. - warczę. Czarnowłosy ze smutkiem przygląda mi się. Nie mam pojęcia, czy się obwinia.

-Niech będzie. Może już się położysz, jest późno?  - proponuje.

-Dobry pomysł, chyba tak zrobię. - rzucam chłodno. Wstaję, starając się utrzymać równowagę. W głowie mi się kręci, za dużo emocji jak na jeden dzień. Nie jest to takie łatwe. Lekko się chwiejąc zaczynam iść w kierunku domu.

-Poczekaj! - woła za mną Adam.

Nie zwalniam kroku. Chłopak dogania mnie, po czym w milczeniu odprowadza mnie pod moje okno.

-Hej... Nie gniewasz się na mnie, prawda? - pyta zanim wejdę do pokoju.

-Nie Adam. Nie jestem zła.

-W takim razie dobranoc. - podchodzi bliżej aby mnie przytulić. Pozwalam mu na to. Jestem tak wyczerpana, że w tym momencie zgodziłabym się dosłownie na wszystko. - Przepraszam.

-Ja też przepraszam... - dodaję tylko. Po chwili jestem już pod kołdrą. Otulam się nią tak, aby odgrodzić się choćby na sekundę od świata. Płaczę. Zepsułam to nad czym Lambert tak długo pracował. Zepsułam tą rocznicę. Jedna łza - Adam. Druga - Lucy. Trzecia - mama. Czwarta - tata. Piąta - Brian. Szósta.... ja sama.



Zapraszam wszystkich do komentowania, Wasza opinia jest dla mnie baardzo ważna ♥

sobota, 14 listopada 2015

12

-Generalnie to był pomysł Brian'a. - mówi chłopak.

-Jak to? On na coś takiego wpadł?! - mój głos łamie się przy każdym słowie.

-Zaraz Ci wszystko wytłumaczę. - bezbronnie unosi ręce do góry. - Uznaliśmy, że ludzie nie kupią tego, że nagle przyszedł sobie jakiś gościu, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak i chce śpiewać sobie razem z Queen. Muszę najpierw zyskać trochę rozgłosu... jakby to ująć... jako Adam Lambert, solowy wokalista. Świat musi mnie poznać.

-I co w związku z tym? Co planujesz? Po co musisz wyjeżdżać? - rozpaczliwie próbuję wydusić z niego coś więcej. Tak, teraz już wiem. Jestem w nim zakochana. To oczywiste. Dlaczego ja nie zauważyłam tego przedtem? Kiedy ,,przekroczyłam" tą granicę między przyjaźnią a miłością? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ale może lepiej będzie, gdy on wyjedzie? Może to tylko chwilowe?

-Sądzę, że wezmę udział w jakimś talent show w telewizji. Zaproponował mi to May. To nawet niezły pomysł.

-Ale gdzie zamierzasz wyjechać?!

-Myślałem o Ameryce.

Co?! To... to jest inny kontynent! Jak on zamierza...?

-Ameryce?! - udaje mi się wykrztusić.

-No..tak. Tęsknię już trochę za rodziną i wczoraj nawet mama dzwoniła, żeby się zapytać o mój powrót. - zauważyłam, że zmiękł mu głos gdy mówił o matce. Między nimi musi być wielkie uczucie. - Pobędę tam, nie wiem 2 lata...

-2 lata? - powtarzam bezwiednie. Tego się nie spodziewałam. 5 miesięcy wydawało mi się maksymalnym okresem czasu, ale teraz...

-Będę dzwonił. - obiecuje. Dla niego to chyba też nie jest łatwa sytuacja. - I pisał maile. I mamy też kontakt na facebooku. A do tego, może uda mi się do Was przyjechać? - dopiero teraz dostrzegam smutek w jego oczach.

-Pamiętaj, że obiecałeś mi kiedyś Wigilię w Polsce. - uśmiecham się, żeby dodać mu otuchy. Zrozumiałam, że on ma gorzej ode mnie. Jest rozdarty między nami, swoją rodziną i karierą.

-A no przecież! - klepie się rozwartą dłonią w czoło. - Ty jesteś połowicznie Polką? Jakoś nigdy mi o tym nie opowiadałaś. Ani o swoich biologicznych rodzicach. To chyba dobry moment.

-Dobry. - przytakuję. Siedzimy naprzeciw siebie, nasze twarze dzieli jakieś 30 cm.  - Co chcesz wiedzieć?

-Kim oni byli? Jacy byli? Opowiedz mi cokolwiek.

-Mój ojciec był Anglikiem, a matka pochodziła z Polski, co zresztą już Ci mówiłam. Nazywali się Christian i Maria... Byli szczęśliwi. Wydaje mi się, że póki mama żyła było świetnie. Kiedyś rodzice czytali mnie i Lucy bajki z podziałem na role. On był wilkiem, ona Czerwonym Kapturkiem. Potem wszystko się zmieniło. Moja mamusia zmarła. Nie powiedzieli mi na co, ale chyba na raka. Pochowali ją, zgodnie z jej życzeniem w Polsce. Nigdy nie widziałam jej grobu. - robię przerwę, aby zaczerpnąć powietrza. - Życie jest cholernie niesprawiedliwe! - wybucham, a łzy ciekną po moich policzkach. - Jakim prawem osoba mająca zaledwie 33 lata musi odejść?! To... tak... - łkając opuszczam głowę w dół. Nie dam rady dalej mówić.

-Anthony... - słyszę szept Lamberta. Po chwili czuję jego dłoń na swoim policzku. - Przepraszam, nie powinienem był Cię o to pytać. Brian uprzedzał mnie, że to smutna historia.

-Nie... to.. to.. nie Twoja wina. - powoli się uspokajam. - Tak właściwie... to gdyby nie to, nie znałabym Ciebie, Adam. Ani May'a. Reszta jest już bardzo prosta. Mój ojciec nie wytrzymał tego psychicznie. Stał się tyranem, alkoholikiem, możliwe, że narkomanem. Nie było go całymi nocami, a gdy już wracał, potrafił uderzyć mnie lub Lucy za to, że nie przygotowałyśmy mu obiadu. Później trafiłyśmy do domu dziecka. Nie mam pojęcia, czy odebrano mu prawa rodzicielskie, czy była to jego decyzja. Nie chcę tego wiedzieć. - unoszę na niego załzawione oczy. Patrzymy na siebie, czuję, że on mnie rozumie. Tyle razy opowiadałam tą historię i zawsze otrzymywałam sztuczne wyrazy współczucia... czarnowłosy jest autentyczny.

W tym momencie on przybliża swoją głowę do mojej, tak że prawie stykamy się czołami. Czuję jak serce szybciej mi bije, coś sprawiło, że nie jestem w stanie choćby mrugnąć. Jego palce znajdują się na moim podbródku. W spojrzeniu Adama jest coś, czego jeszcze nigdy nie widziałam. Chciałabym coś zrobić, ale nie mogę. Zesztywniała czekam na kolejny krok chłopaka.

Adam delikatnie muska wargami moje usta. Trwamy tak zaledwie kilka sekund. Nagle Lambert odskakuje ode mnie. Z przerażeniem spogląda w moim kierunku.

Oto Freddie Mercury.
 Jak sądzicie, co będzie dalej? ♥

czwartek, 12 listopada 2015

11

Kochani!
Dzisiaj robimy malutki skok w czasie ♥ Zapraszam do czytania.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po upływie 3 lat...

Leżę na moim łóżku niespokojnie przebierając palcami. W gardle mam wielką gulę, czuję się bardzo podekscytowana. Kurczę, on powinien już przyjść. Unoszę telefon i w tym momencie oślepia mnie blask ekranu. 00:23. Cały dom śpi. Spóźnia się... już 25 minut. Adam, szybciej! W tym momencie słyszę pukanie. Zrywam się natychmiast. Ponieważ wokoło panują egipskie ciemności, stawiam stopy bardzo powoli, aby na nic nie wpaść. Nie było to stukanie do drzwi, więc ktoś musiał podejść do szyby, od zewnątrz. Wreszcie dopadam okna i otwieram je na oścież. Jest dzisiaj ciepła, lipcowa noc. Rozgwieżdżone niebo ponad głową... Piękna noc.

-Anthony! - słyszę radosny szept Lamberta. - Trochę długo mi zeszło, ale zobaczysz - było warto! Jesteś już gotowa? 

-Tak, tak... Wezmę tylko buty i możemy iść. - stopą próbuje odnaleźć moje japonki, które powinny leżeć przy łóżku.

-Czekaj, poświecę Ci. - mówi, po czym jasny, latarkowe światło wypełnia moją sypialnię. Okazuje się, że klapki leżą tuż za mną. Szybko je zakładam. 

-Dobra, chodźmy już. - siadam na parapecie. - Ale będziesz mi musiał pomóc wyjść, bo sama nie dam rady.

-Niby jak? - pyta ze zdziwieniem.- Nie umiesz? - docieka.

-Człowieku, podaj mi rękę po prostu, żebym się nie zabiła skacząc z okna. - śmieję się.

Adam przekłada latarkę do jednej dłoni, a drugą wyciąga w moją stronę. Chwytam się jej i już po chwili stoję na mokrej od rosy trawie w ogrodzie Brian'a. W takich momentach doceniam to, że mój pokój znajduje się na parterze. Pamiętam jak zawsze z Lucy wałczyłyśmy o to, kto będzie mieszkał na górze. I jako starsza, zawsze ona dostawała to co chciała. 

-To jaki mamy plan? - próbuje dotrzymać kroku czarnowłosemu. 

-Zaraz się dowiesz. - odpowiada zadowolonym głosem chłopak. No tak, przez te trzy lata poznałam go na tyle, żeby móc się tego spodziewać - Lambert kocha wszelkie tajemnice. A na to sama musisz wpaść, a to sama odkryć, a jeszcze najlepiej to spróbuj rozszyfrować co ja myślę, bo sam Ci na pewno nie powiem. Bywa to wkurzające, oj bywa. Ale się do niego bardzo przywiązałam i chyba mogę nawet powiedzieć, że jest moim najlepszym przyjacielem. 

-Hej, lubisz mnie? - wyrywa mi się.

-Nie zadawaj mi takich pytań. Przecież znasz na nie odpowiedź. - rzuca.
 
Kroczymy przez moment w milczeniu, wpatrując się w trawę pod naszymi stopami. Nocą wszystko wygląda inaczej. Żarówka jednak nie zastąpi słońca. Spoglądam na niego. Akurat pada na niego trochę światła. Bardzo się zmienił. Przede wszystkim schudł. Nie wiem ile dokładnie, ale wygląda jak inna osoba. Włosy ciągle farbuje na czarno i chyba tak już pozostanie. Jest mu z tym dobrze, nawet hennę brwi zaczął sobie robić. Paznokcie - w kolorze jego przydługiej grzywki. Na całe szczęście zakończył ten idiotyczny spór z Brianem. Nigdy tego nie zapomnę... I pomyśleć, że May chciał nas zeswatać! Chociaż teraz... Teraz mogę powiedzieć, że Lambert mi się podoba. Nie jest typowym przystojniaczkiem z gazet, ale coś w nim jest. Coś przyciągającego. Nawet pasowalibyśmy do siebie. Mamy podobne poczucie humoru, świetnie się dogadujemy. I on jest  taki... troskliwy.

Nagle dociera do mnie, co się dzieje w mojej głowie. Nie! Nie, nie i nie! Nie mogę zakochać się w geju. Do tego moim przyjacielu. Nie ma takiej opcji! W ogóle... co ja sobie wyobrażam?! 

-Tutaj, musimy iść tą ścieżką. - zwraca się do mnie Adam i delikatnie chwyta mnie za rękę. 

Dlaczego ten człowiek nie rozumie, jak to na mnie działa?! I czemu ja dopiero teraz się w tym wszystkim połapałam? Czy ja naprawdę..? Czy on mi się..? Chyba tak. Cała drżę. Czuję, że coś we mnie pęka. Uspokój się Anthony! Usiłuję dyskutować z samą sobą. Jednak moje serce nie słucha i bije coraz szybciej. On jest gejem! I ja doskonale o tym wiem. 

-Mam dla Ciebie wiadomość. - mówi do mnie Lambert. - Nie wiem czy się ucieszysz. Ale już prawie jesteśmy. Tak po za tym, to ten ogród Brian'a jest przeogromny! Można się zgubić!

Stajemy razem przed starą fontanną. Tak, właśnie tą do której kiedyś prawie nie wpadłam, gdy Adam chciał mnie pocieszyć. Wszystko wygląda jak z bajki. Adam owiązał kamienny posąg aniołka malutkimi lampkami, tak że teraz może spokojnie zgasić latarkę a i tak będzie panował przyjemny półmrok. Na brzegu marmurowej budowli poukładane są poduszki. 

-Tam tam tam tam! - chłopak udając fanfary wyciąga zza pleców butelkę szampana. 
 
-Boże... - na sekundę zapominam o problemach dotyczących mnie, gejostwa i czarnowłosego. - Jesteś czarodziejem... Czy dzisiaj jest...

-Tak, ten dzień. Trzecia rocznica naszego spotkania. - potwierdza Adam z uśmiechem.

-Czyli pamiętałeś. - przytulam się do niego. -A wziąłeś kieliszki? Bo chyba zamierzamy to pić. - wskazuję na alkohol. 

-Aaa... wiedziałem, że o czymś zapomniałem! Poczekaj, zaraz wrócę...

-Nie przesadzaj! Będziemy pić z gwinta, no chyba że się brzydzisz. - śmieję się.

-Skoro tak chcesz. - wyszczerza zęby chłopak. - Jak już mówiłem, mam Ci parę rzeczy do przekazania. Chcesz je usłyszeć?

-Pewnie, pewnie. Ale najpierw otwórzmy szampana. Trzeba jakoś uczcić tą chwilę.

Słyszę huk i kątem oka dostrzegam tylko korek lecący gdzieś ponad naszymi głowami. Lambert podaje mi butelkę. Gdy kończymy picie, jego twarz przybiera poważniejszy wyraz.

-Może... może teraz w reszcie Ci powiem. Przepraszam ,że dowiadujesz się o tym ostatnia, ale... -odwraca wzrok. O co chodzi? 

-Hej. - kładę dłoń na jego kolanie. - Spokojnie. To nie jest dobra wiadomość, tak?

-Zależy jak na to patrzeć. Ciężko mi o tym mówić. Z jednej strony bardzo się cieszę, z drugiej - czuję się z lekka podłamany.

-Ale... powiedz mi co się stało. - zaniepokojona rozważam najczarniejsze scenariusze.

-Muszę Was opuścić.


Jak myślicie, czemu Adam musi odejść? Zapraszam serdecznie do komentowania ♥

wtorek, 10 listopada 2015

10

-Wstawaj! - ściągam z Adama kołdrę. Godzina 8.00, najwyższa pora wstać. - Wiem, że jesteś leniem, ja też, ale jeżeli chcesz cokolwiek osiągnąć musisz dać coś od siebie.

-Anthony, nie... - jęczy chłopak. - Miałem taki cudowny sen... Ktoś chciał wydać moją płytę, więc musiałem iść do studia nagraniowego. A tam wszystko było zrobione z czekolady. - na widok rozmarzonej miny Lamberta zaczynam się śmiać. - A że ja lubię czekoladę, zjadłem wszystko.

-Muszę Cię zmartwić, słodycze to przeszłość. Od dziś mam dla Ciebie trochę wysiłku. - sprowadzam go na ziemię.

-Czegóż się nie robi dla sylwetki... - podnosi się z łóżka. - Mam pomysł, może przełóżmy bieganie na wieczór, żebym mógł się troszkę rozkręcić. Nie dam rady teraz. Zresztą zaraz będzie upał. Dostanę jeszcze jakiegoś udaru.

-Dobra, dobra leniwcu. Możemy iść koło 18. Ale nie myśl, że Ci odpuszczę. - wychodzę z jego pokoju. Słyszę tylko jak czarnowłosy opada na łóżko. Niech będzie, dam mu jeszcze chwilkę pospać.


Kwadrans przed naszym treningiem przebieram się w strój sportowy składający się z czarnych legginsów i białego, krótkiego topu. Zawiązuje sznurowadła od butów i opieram się o ścianę. Spoglądam na zegar. 17:55. Przypomina mi się, że mam przygotowane bidony z wodą. Szybko po nie idę. Czekanie na Lamberta staje się nużące. Zaczynam się delikatnie rozgrzewać. Nagle wypada on z łazienki w połyskującym dresie w zielonym kolorze. Na czole ma opaskę, taką jak do gry w tenisa. Prezentuje się dosyć... komicznie. Zachowuję jednak powagę, nie chcę go urazić.

-Gotowy? - pytam.

-Niestety tak. - mruczy pod nosem. - Masz zaplanowaną trasę?

-Co do centymetra. - wyszczerzam zęby. - Myślałam o takim jednym miejscu w pobliżu. Dobre jak na pierwsze biegi.

-Daleko?

-Tak średnio. Nie marudź już, będzie fajnie.

-Tak będzie cudownie. Ludzie na ulicy będą mogli pooglądać sobie grubasa z dziwnym wdzianku, który heroicznie chce być taki jak oni. Ależ będzie genialnie, nie mogę się doczekać. - rzuca ironicznie.

-Adam, nie przesadzaj. Najwyższa pora na zmianę. Musisz mieć tych ludzi w dupie, zresztą co oni Ci zrobią? Chcesz spełnić swoje marzenie, więc zacznij coś do diabła robić!

Lambert chwilę mi się przygląda. Pewnie myślał, że będę go pocieszać.

-Masz rację Anthony. Chodźmy. - mówi w końcu.


Powietrze jest już chłodne, ale idealne do ćwiczeń. Robimy krótką rozgrzewkę, po czym zaczynamy truchtać w kierunku wybranym przeze mnie. Nawet dobrze sobie radzi. Szczerze -  myślałam, że będziemy musieli wracać po jakiś 50m, a tu proszę. Wprawdzie strasznie się wlecze, ale jednak. Muszę zwolnić tempa, żebyśmy mogli sobie pogadać.

-I jak? Nie aż tak źle, nie?

-Jest... - chłopak musi zaczerpnąć powietrze. - Jest..naprawdę... ok.

Skręcamy w poboczną drużkę, która lekko się wznosi. Jest nieco wyboista, więc nasz bieg zamienia się w marsz, ale nie przeszkadza nam to. Ja jestem usatysfakcjonowana, czarnowłosy chyba też. Docieramy wreszcie na coś w rodzaju polanki, położonej ponad miastem. Jest z niej świetny widok na wszystkie budowle.

-Czy to nie dom Brian'a? - Adam z zaciekawieniem wskazuje na willę w oddali.

-Tak. - potwierdzam. - Ładne miejsce, nie?

-Genialne. Nie sądziłem, że są jeszcze takie.

-Jak widzisz jakieś się ostały. - uśmiecham się. - Chodź, usiądziemy. - mówię po czym usadawiam się na brzegu przepaści. Nigdy nie bałam się, że stąd spadnę, ale Lambert jest chyba trochę niepewny.

-Tam, na krańcu? A nie lepiej tu? - klepie dłonią dużą skałę.

-Nie. Jest strasznie niewygodny. Masz lęk wysokości? - upewniam się.

-Nie... chyba.

-To dawaj. - wyciągam rękę. - Nie musisz tak zupełnie na skraju. Ale obok mnie.

-Niech Ci będzie. - daje za wygraną i podaje mi dłoń. Za moment stykamy się ramionami. Obserwujemy zachód słońca. Pomarańczowe niebo robi się co raz to się ciemniejsze i ciemniejsze.

-Piękne. - wzdycham.

-Wiesz, muszę zadać Ci pewne pytanie. - Adam obraca się w moim kierunku.

-Tak?

-Czemu Ty właściwie się ze mną zadajesz?

-No bo.. jesteśmy przyjaciółmi? - chyba nie zbyt go zrozumiałam.

-Nie o to chodzi. Zazwyczaj ludzie się ze mnie nabijają, a dziewczyny Twojego typu raczej nie zwracają na mnie uwagi.

-Mojego typu? - unoszę brwi.

-No tak. Jak by to nazwać... Królowe Balów w liceach? Cheerleaderki?

-Dobra, rozumiem. Nie zaliczam się do tej kategorii. Nigdy nie latałam z pomponami.

-Ale nie byłaś królową balu? - zdziwienie na jego twarzy jest przeogromne.

-Nie, nie byłam. Lucy nią została.- informuję go.

-Hmm... To dziwne.

-Czemu?

-Bo myślałem, że to Ty byłaś najlepszą laską w szkole.

Wybucham śmiechem. Ten człowiek zawsze mnie rozwesela.

-Na jakiej podstawie? - nie dam mu spokoju.

-No na wyglądu, rzecz jasna.

 -Miło wiedzieć. - mówię. - Nie byłam, jak to określiłeś ,,najlepszą laską w szkole". Ten tytuł należał do mojej siostry.

-Ja to byłem taką ofiarą... Raczej nie miałem przyjaciół i teraz nagle taka odmiana... - zaczyna chłopak. - Ale, ale! Czy my nie musimy już przypadkiem wracać?

- A wiesz, że musimy. Idziemy. - wstaję i podaję dłoń Adamowi, żeby mógł się podnieść.

-Jest taki problem. Totalnie nie mam siły. Możemy zadzwonić po taxi?

-Chryste, człowieku! Dobijasz mnie! - chichocząc wyciągam komórkę, żeby zatelefonować.



Tutaj Adam ♥

poniedziałek, 9 listopada 2015

9

3 dni później...

Słyszę pukanie do drzwi. No tak - dzisiaj ma przyjść Joan! Mimo, że właśnie zajmuję się gotowaniem, rzucam wszystko i pędzę żeby jej otworzyć. Przede mną stoi drobniutka blondynka z mnóstwem piegów. No tak - Ed kocha taki typ. Uśmiecha się do mnie i niepewnie rozgląda się po domu, do którego przed momentem ją zaprosiłam.

-Joan, tak? - pytam żeby jakoś przerwać to milczenie.

-Niee...- mówi patrząc na mnie jak na wariatkę. - Catherine Seyfield, konsultantka marki kosmetycznej  ,,Angels". Czy mogłabym zająć dosłownie minutkę? Chciałabym omówić nasz nowy produkt z linii ,,For your beuty".

Moja mina musi być chyba bardzo głupia, ponieważ dziewczyna wybucha śmiechem i prostuje.

-Żartowałam. Tak, tak jestem dziewczyną Ed'a. Paskudne zajęcie, ale ktoś to musi robić. - rzuca z rozbawieniem. Po chwili dodaje szeptem. - Czy to prawda, że Sheeran ma w pokoju górę brudnej bielizny? Taka jedna mi to napisała na fecebooku, jakaś Heather Loan, czy coś takiego...

-Wiesz... - chrząkam. - Nasz rudzielec ma różne rzeczy w pokoju. - odpowiadam wymijająco, ponieważ nie chcę wkopać muzyka.

-Rozumiem. - mruga do mnie. - Słyszałam, że macie jakiegoś nowego lokatora? A tak po za tym, Ty musisz być Anthony, prawda?

-A, rzeczywiście. - zdaję sobie sprawę, że zapomniałam się przedstawić. - Mówisz o Adamie? - domyślam się. - Jest u nas od niedawna. A czemu nie zadzwoniłaś dzwonkiem do furtki, tylko pukałaś?

-Chyba Wam się popsuł, bo próbowałam.

-Myślałam że Breckin już to naprawił. Jemu dać jakąś pracę, to będzie się grzebał przez tydzień. - w tym momencie nasza konwersacja kończy się, bo oto wbiega do korytarza Sheeran w całej swojej okazałości, w pogniecionym garniturze, z przekrzywioną muchą i w starych trampkach.

-Hej. - podchodzi do blondynki i całuje ją w policzek. - Może pójdziemy już, zapoznam Cię z resztą. Naszą białowłosą już zdążyłaś spotkać, jak widzę.

Ed prowadzi Joan do salonu, gdzie czeka cała reszta. Dziewczyna po kolei podaje rękę każdemu, po czym zaczyna się krótka rozmowa. Nagle do salonu wchodzi Lambert. Nie zauważyłam nawet, że go nie ma. Najlepsze jest jednak to, jak on wygląda. Jego ubranie jest dość... rzucające się w oczy. Ma na sobie coś w rodzaju rurek w smolistym kolorze, co byłoby ok, gdyby nie ćwieki nierównomiernie wystające z okolic ud. Coś mi się wydaje, że Adam sam je zrobił. Na błękitnej bluzce ma brokatowy napis ,,Glam" (kurczę, czy to przypadkiem nie jest moja za duża koszulka do spania?!) a paznokcie w czarnym kolorze są dość... ekstrawaganckie. Jego nowa fryzura ma teraz z 7 cm wysokości. Serio. Oczy całe pomalował eyelinerem, tak że powstało mu coś w rodzaju smoky.

-A... A to jest właśnie nasz nowy współlokator... - Ed'owi najwyraźniej brakuje słów.

Spoglądam na Briana. Siedzi z rozwartymi ustami, jest w szoku. Lambert podchodzi do piegowatej dziewczyny, wita się z nią, po czym zajmuje miejsce obok mnie.

-Nie myśl, że nie zauważyłam, że podkradłeś mi bluzkę. - szepcę.

-Nie tylko t-shirt padł moją ofiarą. Znalazłem jeszcze trochę tych dżetów i lakieru do włosów.

-Jezu, ale z Ciebie szarańcza.- dotykam czupryny chłopaka. - Ile Ty tego nakładłeś? To jest tak sztywne, że utrzymałbyś na tym 3 kg mąki.

-Bez przesady. - śmieje się. - Co o niej sądzisz?

-Masz na myśli Joan?

-Chyba tak, dziewczynę Ed'a w każdym razie.

-Wydaje się sympatyczna. - mówię. - Mało ją znam.

-Ale nie chodzi o charakter, tylko o wygląd. Czy ona jest ładna?

-A nie możesz sam ocenić, tylko mną się wysługujesz? - pytam rozbawiona.

-Ale ja nie mogę. No wiesz...

-Tak, doskonale wiem, że Tobie tak naprawdę skrycie podoba się Ed. - rzucam i zaczynam chichotać, bo na samo wyobrażenie tej pary dostaję ataku głupawki.

-Co?! Wcale nie. - zaprzecza Adam ale widzę, że trudno jest mu utrzymać poważny wyraz twarzy.

-Tak, tak! On będzie Ci grał wieczorami na gitarze, a Ty będziesz mu malował paznokcie... - snuję wyobrażenia o związku tej dwójki.

-Nie no, teraz przesadziłaś. - chłopak ze śmiechem rzuca we mnie poduchą. Dostaję w twarz, a ponieważ moja godność nie może sobie pozwolić na pozostawienie winowajcy bez kary, szybko chwytam małego jaśka do spania i ciskam nim w Lamberta. Śmiejemy się już na cały głos i nagle dochodzi do mnie fakt, iż nie jesteśmy sami w tym pokoju. Wszystkie oczy zwrócone są w naszym kierunku. W tej sekundzie Joan robi rzecz, której w życiu bym się po niej nie spodziewała. Bierze rzecz, którą oberwałam centralnie w czoło, unosi ją, po czym trafia swojego chłopaka w głowę.

-Bitwa na poduszki! - woła i mruga do mnie porozumiewawczo.






To jest tak słodziutkie zdjęcie, że nie mogłam się wręcz powstrzymać przed wstawieniem go tu. Mam nadzieję, że podobało się Wam i zapraszam do komentowania <3

piątek, 6 listopada 2015

8

-Co Ty sobie zrobiłeś? - pyta zszokowany Brian po naszym powrocie do domu. - Na Boga chłopie...  No ja rozumiem, żeby no Anthony, bo ona jest... no nieważne...  - przerywa widząc mój morderczy wzrok. - Ale TY?! Po co?

-Chciałem zmienić mój styl. - odpowiada jak gdyby nigdy nic Adam.

-Ale?! Co oni o nas powiedzą?! No bo farbowanie włosów jest dla bab! Nie... Musisz coś z tym zrobić! Po co?! - May nie może najwyraźniej odżałować fryzury Lamberta.

-Słuchaj, nie wiem o co tak się denerwujesz, to tylko kłaki, a i tak nie Twoje. - wtrącam swoje trzy grosze.

-A co wy tam jeszcze kupiliście? - gitarzysta wyjmuje z rąk mojego przyjaciela reklamówkę z drogerii. - Może jakąś szminkę? Zrobimy sobie make-up, może pożyczymy jakieś peruki od Brecka? - rzuca z ironią mając na myśli transwestytę. Jego mina jest bezcenna, gdy uchyla uszy torebki i dostrzega kosmetyki. - Anthony, powiedz mi, że to Twoje... - dodaje słabo.

Wymieniamy z Adamem rozbawione spojrzenia. Po chwili on odzywa się.

-Nie, nie, To moje. - zabiera swoją własność z dłoni osłupiałego 60-latka. - Wiesz, muszę jakoś wyglądać...

-Ależ... po co Ci eyeliner i jakiś popieprzony lakier?! - Bri nie umie pohamować emocji. Pierwszy raz widzę go w takim stanie.

-Ej, ej... wyluzuj. - próbuję go uspokoić.

-Chryste, Anthony, nie wtrącaj się! - krzyczy. - Masz w tym się nigdzie nie pokazywać. Zrozumiałeś?! - pyta chłopaka.

-Będę robił z moją twarzą to, co będę chciał robić. - nieugięty czarnowłosy patrzy hardo w oczy May'owi. Czuję, że zaraz wybuchnie kłótnia. Żyję z wariatami.

-Stop! Przestańcie. Zachowujecie się jak dzieci. - usiłuję zapobiec większemu konfliktowi. - Adam, możesz malować się, chodzić na obcasach i czego dusza zapragnie..

-Dziękuję za pozwolenie. - kpiąco zwraca się do mnie chłopak.

-Przecież ja tylko staram się pomóc...

-Daruj sobie. - słyszę tylko, po czym z hukiem zamykają się drzwi do jego pokoju. Zostaję z gitarzystą sam na sam.

-Czemu tak się wściekłeś? To jego sprawa.

-Czy Ty nie rozumiesz , że to strasznie gejowskie?! - wybucha.

-Adam jest gejem.

-Jak to?! Ty nie mówisz na serio?!

-No tak. Mercury był bi. I jakoś Ci to nie przeszkadzało.

-I co z tego? Freddie to Freddie. A on...

-Słuchaj, znajdujesz gościa, który ma kawał głosu i niebywałą charyzmę. On jest przecież dorosły. Jego nie interesuje to, jakie masz włosy, albo że nie wyglądasz tak jak on by sobie życzył. Czemu Ty masz jakieś wymagania? - chwytam go za ramię. - Zawsze sądziłam, że jesteś tolerancyjny pod tym względem.

-Bo jestem.

-Jakoś nie umiem tego dostrzec.- rzucam chłodno.

-Nie rozumiesz pewnych rzeczy... - próbuje tłumaczyć się Brian.

-To mi je wyjaśnij.

-Ale to nie takie proste. - wykręca się, ale widząc moje spojrzenie zaczyna opowiadać. - Ja miałem już pewien plan... Jestem samotnym, starym człowiekiem.

-No nie przesadzaj Brian, bo zaraz tu w jakąś melancholię - mimo napiętej sytuacji uśmiecham się.

-Taka jest prawda. Ty masz już 22 lata, niedługo pewnie znajdziesz sobie męża, wyprowadzisz się i tak dalej. Nie będziesz miała czasu się ze mną spotykać. Urwie nam się kontakt. A Adam, jakby to powiedzieć - obawiałem się, że nie będzie chciał czasem przystać na moje i Rogera pomysły. Wykombinowałem sobie więc, że można by Ciebie i Lamberta spiknąć. Zresztą dobrze się dogadywaliście. Myślałem, że w ten sposób, będziesz spędzać z nami chociaż trasy koncertowe. A on tu nagle przychodzi z tym czymś - nerwowo gestykuluje wskazując swoją głowę. - I jeszcze wychodzi na jaw, że jest gejem. Mój plan runął.

Nie mogę powstrzymać śmiechu ani sekundy dłużej. Z moich oczu ciurkiem lecą łzy, a mi aż trudno złapać dech. Zginam się w pół i zasłaniam rozwartą dłonią usta. On jest szalony! Tylko ktoś, kto ma coś z mózgiem, mógł na to wpaść.

-Bri... - robię przerwę na oddech. - Powiedz.. że żart... żartujesz!

Wdycham powietrze aby się uspokoić, ale znów rechot przejmuje kontrolę nad moim ciałem.Boli mnie cała szczęka i mięśnie brzucha. Tracę panowanie, a w moich myślach są tysiące wizji romantycznych scen z moim współlokatorem.

-Wyba... Wybacz. - przykładam dłoń do czerwonej od śmiechu twarzy.  - Ale to ponad moje możliwości.Nie, nie dam rady. - kończę po czym znowu chichoczę.

-To jest poważna sprawa. Ja nie chcę zostać opuszczony.

-Oh, nie martw się, nie zostaniesz. - mówię, po czym go przytulam. - Gdzie ja bym znalazła takiego drugiego człowieka jak Ty? Ale powinieneś przeprosić Adama.

Brian w młodości :)

Jeżeli Wam się spodobało, serdecznie zapraszam do komentowania. Co sądzicie o zachowaniu Brian'a?





poniedziałek, 2 listopada 2015

7

2 dni później...

-Hej Scott! - witam się z moim ulubionym fryzjerem. - Słuchaj jest sprawa. To jest mój przyjaciel Adam i on chciałby coś zrobić ze swoimi włosami. Ja dokładnie to nie wiem co, ale on Ci wszyściutko powie. To co? - spoglądam na Lamberta. - Chyba tyle.

Mały, drobniutki człowieczek mierzy mojego towarzysza wzrokiem. Chłopak czuje się dość niezręcznie bo natychmiast robi się czerwony i nerwowo przełyka ślinę. Scott Smith jest o głowę niższy od niego, jest chudy jak patyk i szczerze wygląda troszeńkę jak gej. Nie ma w tym nic złego, po prostu takie moje spostrzeżenia. Jego perfekcyjnie ułożone blond włosy i ostrzyżona bródka idealnie pasują do jego chinosów i koszuli w kratkę. W jego salonie wszystko zresztą jest perfekcyjne. On sam jest pedantem i nie pozwoli, żeby nawet odrobinka kurzu zmąciła lśnienie stołów czy krzeseł. Zwariować z nim można, ale trzeba mu przyznać że czesze genialnie.

-To czegóż sobie życzysz? - spogląda swoimi hipnotyzującymi oczyma na Adama. - Bo tak coś trzeba zmienić... Masz jakieś sugestie? Po za tym miło Cię widzieć Anthony, dobrze wyglądasz. Tylko kolor przydałoby się odświeżyć, bo przy bieli to konieczne. Może dzisiaj?

-Aa.. w sumie ok. - zgadzam się.

-To co mogę dla Ciebie zrobić? - pyta ponownie rudzielca.

-Ja... Ja nienawidzę tej barwy. - bezradnie przejeżdża ręką po włosach. - I samo ułożenie... wolałbym coś takiego bardziej... no nie wiem...

-Trendy? - dopytuje się fryzjer z błyskiem w oku. Już wiem co się święci.

-Nie Scott! Nie umieścisz Adama w księdze ze swoimi wielkimi metamorfozami. - mówię wskazując na leżący na stole album ze zdjęciami. - Ja raz się dałam namówić i do teraz żałuję. Jakaś dziennikareczka tu przyszła i przez tydzień nabijała się z mojej fryzury.

-Ja mam pomysł. Lubię taki ciemny klimat, może jakaś grzywka na oko... - zastanawia się Lambert. - Taki glam rock, coś w tym stylu... Ale bez przesady!

-Nie, naprawdę Ci się to podoba? - Smith załamuje ręce. - Ale jak to mówią, klient nasz pan. Koloryzacja mam rozumieć? - wzdycha. Widząc potakujący gest Adama zaprasza go na fotel. - A ty siadaj na tym drugim. - zwraca się do mnie. Po jego minie stwierdzam, że jest w paskudnym nastroju. Nienawidzi robić klientom  czegoś do czego nie jest absolutnie przekonany. - A u Ciebie co? Biel? Nadal? Trzeba będzie pomyśleć o czymś innym na przyszły miesiąc.

Nawet nie protestuję, mimo że bardzo lubię moje siwiutkie loki. to nie jest czas na to by się sprzeczać ze Scott'em. Grzecznie zajmuję wskazane krzesło. Widzę jak zniesmaczony Smith nakłada farbę na głowę rudzielca. Jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Będzie teraz miał ciemną czuprynę. Zupełnie jak Lucy. Kolejna rzecz która łączy tą dwójkę. Po chwili czuję jak kropla spływa mi po czole.

-Pochyl się trochę. - słyszę szept fryzjera i posłusznie wykonuję polecenie. Czuję pianę i czuję zapach pomarańczy. Absolutnie kocham ten szampon. Po pewnym czasie Smith już suszy włosy Adama, a ja mogę się uważnie przyjrzeć. Ale inni będą mieli niespodziankę. Naprawdę, sądzę że chłopak wygląda nieźle. W każdym razie lepiej niż poprzednio. Gdy całe to układanie kończy się i ja mam na głowie piękne fale a Lambert swoją upragnioną grzywkę płacę Scott'owi i opuszczamy razem jego salon.

-I co? - spoglądam na teraz już czarnowłosego. - Podoba Ci się efekt?

-Tak, o to chodziło. - uśmiecha się z zadowoleniem. - Dzięki, że ze mną poszłaś. A jeszcze jedno, macie tu gdzieś w pobliżu sklep z kosmetykami?

-Owszem, a co? - z lekka zaniepokojona marszczę brwi.

-Potrzebuję czegoś, a Ty jako że jesteś kobietą to mi pomożesz. - oświadcza oficjalnym tonem.

-Nie wiem co planujesz, ale zaczynam się martwić. - rozbawiona odpowiadam.

Wreszcie wchodzimy do malutkiego pomieszczenia pozastawianego z każdej strony cieniami do powiek, mydłami i tuszami do rzęs. Mój przyjaciel kieruje się do stoiska z lakierami i wybiera taki w kolorze węgla, po czym wrzuca do koszyka jeszcze eyeliner w tym samym odcieniu. Podchodzi jeszcze do stoiska z perfumami i testuje wszystkie po kolei. Wreszcie decyduje się na jedne z nich. Stawia wszystko przed zdumioną kasjerką i wyczekująco na nią patrzy. Gdy wreszcie otrzymuje małą torebeczkę z kosmetykami i udaje mi się go odciągnąć od stosu odżywek do włosów, wybucham śmiechem.

-Po co Ci to? -celuję palcem w reklamówkę.

-No jak to? Muszę się malować. - mówi jakby to było najnormalniejsze w świecie.

Próbuję zaczerpnąć powietrze i się uspokoić, bo naprawdę nie chcę żeby Adamowi było przykro.

-Czy Ty jesteś gejem? -  pytam za nim zdążę pomyśleć. Dopiero teraz dociera do mnie jak głupia jestem. Chryste... Szybko dodaje. - Sorry, nie musisz odpowiadać, nie pomyślałam... - policzki mnie palą, ale wciąż usiłuję się wytłumaczyć.

-Bo co, bo lubię makijaż? - pyta ze smutkiem w głosie. - Serio, ty też jesteś taka jak wszyscy? Pedał bo ma manicure? To naprawdę denne, nie spodziewałem się tego po Tobie.

-Ależ Adam, przepraszam... Ja naprawdę. - czuję jak łzy napływają mi do oczu. Jestem idiotką. Takich rzeczy się nie mówi. Po prostu nie. - Ja nie chciałam..

Lambert chwilę jeszcze mierzy mnie pełnym pogardy wzrokiem. Po chwili jednak słyszę jak zaczyna chichotać i już za moment zatacza się ze śmiechu.

-Wyluzuj tylko żartowałem. Nie przejmuj się tak wszystkim Anthony... A co do bycia homo. Pewnie tak. Chyba jestem, sam już nie wiem. To dość trudne. Jeszcze nie miałem chłopaka więc trudno mi ocenić.

-Nigdy więcej sobie nie rób ze mnie takich kawałów! - podnoszę głos, ale ja też z chwili na chwilę dostaje głupawki. Idziemy do domu wymyślając mnóstwo rzeczy, które doprowadzają nas do łez i bólu brzucha. Zachowujemy się jak upici. Nawet słowem nie mówimy już o gejach. Bo i po co?

 

A tu Anthony ♥ Po za tym zapraszam do komentowania :)) I jeszcze jedna wiadomość - ADAM LAMBERT BĘDZIE W POLSCE. Chyba zwariuję ♥