sobota, 31 października 2015

6

Brian przydzielił mi zadanie przesłuchania Adama na żywo. Od kiedy wprowadził się do nas dwa tygodnie temu nic jeszcze nie śpiewał. W ten oto sposób przygotowuję sprzęt w naszym domowym, małym studio i wołam chłopaka. Zero odpowiedzi.Tak w ogóle to naprawdę dobrze się dogadujemy. Mamy takie same poczucie humoru. Pukam delikatnie do drzwi jego sypialni.

-Tak? - głos Lamberta brzmi nieco inaczej niż zwykle. - Kto tam? Coś się stało?

-Nie, zupełnie nic, tyle tylko, że pora już na pierwszą próbę. Idziesz?

-Już chwila. Zaraz będę, nie czekaj na mnie. - kontynuujemy rozmowę przez ścianę.Chłopak nawet nie pomyśli o tym, żeby mi otworzyć.

-Wiesz, nie chcę Cię martwić, ale tak jakby muszę na Ciebie poczekać. W końcu mam sprawdzić Twój głos.Wszystko ok? - dodaję już na poważnie.

-A co by miało być nie ok? - odpowiada pytaniem. - A tak z innej beczki, to czemu tam tkwisz i nie wejdziesz? Domyślam się, iż może moja aparycja nie jest przyciągająca i jestem wręcz niebotycznie gruby, ale podejrzewam, że się zmieścisz, nie? Jest jeszcze trochę wolnego miejsca. No chyba, że tak Cię obrzydza moja twarz. Przepraszam, że jestem brzydki, to nie moja wina.

-Adam, co Cię ugryzło? - zaskoczona jego słowami, aż przystaję. - Czemu tak mówisz?

Rudy wymija mnie i zatrzaskuje drzwi, których zapomniałam zamknąć.

-A może to nieprawda? - zbliża się do mnie patrząc mi w oczy. Jest wyraźnie rozżalony.

-Uspokój się, proszę. Dlaczego sądzisz, że jesteś brzydki?

-Czy Ty tego naprawdę nie widzisz?! - podnosi głos. - Czy może tylko udajesz, żeby nie było mi przykro?! Jeżeli to drugie, to ja już dawno odkryłem jakie są fakty.

-A co Ci się w Tobie nie podoba? - zachowuję spokój. Dawno odkryłam, że jeżeli Twój przyjaciel ma kompleksy praktycznie nie ma sposobu, żeby mu pomóc. To on musi coś zmienić. Mogę go wyłącznie wysłuchać, możliwe, że to mu pomoże.

-Włosy - to po pierwsze. Są okropne. I nie mam jakiejś normalnej, fajnej fryzury tylko to. - rzuca z rozgoryczeniem wskazując na rudą czuprynę. - Po za tym zęby. Są okrutnie żółte i to tak z natury. Ale najgorsze jest to. - dotyka swojego brzucha. - Mam cholernie dużą nadwagę. Ja już nie mogę tak dłużej.

-Ale słuchaj, ja tu nie widzę rzeczy, których nie da się zmienić. Nie lubisz swoich kudłów - możemy się wybrać do fryzjera, nawet jutro jak Ci zależy. Ze zgryzem też nie ma problemu. Umówię Cię na wizytę do stomatologa, na wybielanie. A co do reszty - Twoja praca. Jak chcesz mogę z Tobą biegać czy coś. Zmiana diety, pewnie będzie konieczna. Dzwonimy do dietetyka.Dasz radę Adam. - kładę dłoń na ramieniu osłupiałego chłopaka. - Ale skąd Ci to przyszło teraz do głowy? - marszczę brwi.

-Podsłuchałem wczorajszą rozmowę. - zawstydzony spuszcza wzrok. - Heather gadała z tym całym Breckinem.

-Wiedziałam, że Heather jest wredna, ale Breckin? - zastanawiam się. - Chociaż w sumie z nim też ostatnio się nie  dogaduję.

-Serio? A myślałem, że jesteście przyjaciółmi... Tak przynajmniej to wyglądało. Ile on ma lat?

-Nie wiem, jest chyba nieco młodszy od Brian'a. Z 57? - usiłuję sobie przypomnieć.

-Tak pytam, bo nie widzę spod tej tony tapety. A o coś się pokłóciliście czy co?

-Dokładnie. Posprzeczaliśmy się o May'a i Lucy.

-Lucy? - pyta zdziwiony. - A kim ona jest?

-Była. - poprawiam. - Ona była moją siostrą.

-A, przepraszam... Nie chciałem Cię... - Adam usiłuje się usprawiedliwić.

-Nie, nie uraziłeś mnie. Właściwie powinnam opowiedzieć Ci tą historię, bo jest to dość częsta kwestia poruszana w tym domu i powinieneś wiedzieć o co chodzi. Od czego by tu zacząć? Nie jestem biologiczną córką Bri'ego.

-Jak to? - wytrzeszcza oczy.

-On mnie zaadoptował. Gdy byłam mała, ja z moją siostrą trafiłyśmy do sierocińca. Zostałyśmy oddane przez naszego ojca. Ja i Lucy, bo tak się ona nazywała, spędziłyśmy tam kilka lat. Poznałam tam Ethan'a z którym uciekłam kiedyś na koncert Queen. - uśmiecham się na samo wspomnienie. - I mimo, że mieliśmy po powrocie okropne kłopoty, nie żałuję. A reszta potoczyła się jak prawdziwy American Dream. Mój ulubiony gitarzysta postanowił przygarnąć do siebie jakieś dzieci. No i padło na nas. Jezus, to było niesamowite. - opieram głowę na dłoniach. - I Brian był i jest cudownym tatusiem. Ta sielanka tak trwała i trwała, wszystko jednak ma swój koniec. Dwa lata temu zmarła Lucy. Prawdopodobnie morderstwo. Przedtem spotykała się z jakimś starszym mężczyzną, który budził w nas jakiś niepokój, ponieważ moja Lu skrzętnie go przed nami ukrywała, nie wiedzieć czemu. Był on wykładowcą na jej uniwersytecie, a ona studiowała dziennikarstwo. Zmieniła się wtedy bardzo. Stała się agresywna, skryta, nie chciała się ze mną kontaktować. Pewnego dnia mieliśmy jechać całą rodziną na wakacje, ja, May i moja siostra. Wtedy mieszkał u nas Breckin i Alex, reszta wprowadziła się dopiero później. I Lucy postanowiła zostać w domu. Nie pytaliśmy jej o nic, tylko pojechaliśmy. Gdy tak staliśmy na lotnisku, czekaliśmy na samolot a Bri wściekał się o to, że jest o jeden bilet za dużo, dostaliśmy telefon od transgenderowca: ,,Słuchajcie, wasza Lu nie żyje". Wracamy, na miejscu jest policja i karetka. Stwierdzili, że zgon nastąpił jakieś 3 godziny przed naszym przyjazdem. Podobno to było samobójstwo. Zbyt duża ilość środków usypiających, mówili. Nie wierzę w to. Nie chcę wierzyć. Wiem, że ten mężczyzna jest zabójcą. Tak, uważam że to było morderstwo. - Przekręcam głowę, żeby nie zobaczył w moich oczach smutku. - May nie chciał wznowić działalności muzycznej przez długi czas. Jestem ciekawa, co takiego jest w Twoim głosie, że wreszcie się zdecydował...

-Nie spodziewałem się... czegoś takiego... Gdy ludziom zdarzają się takie sytuacje, to są długo załamani, nie umieją się pozbierać. A Ty.. wydawałaś się taka szczęśliwa.

-Bo ja jestem szczęśliwa. - wtrącam.

-To dobrze, zasługujesz na to. - mówi z powagą. - U nas w domu było zawsze dobrze. Jakoś znosiłem mojego młodszego brata, Neila. Oprócz tego, że moi rodzice się rozwiedli, a i to jakoś dałem radę znieść, bo nadal mają dobre relacje - było świetnie. Same dobre wspomnienia. Może z wyjątkiem szkoły i mojego wuja. Zawsze kłócił się z moją mamę, wiesz rodzeństwo. Podobno ją znienawidził. Eh, szkoda o nim gadać.
-Dobra, może zmieńmy temat, bo tak smutno się zrobiło. - proponuję. - Możesz mi coś zaśpiewać? Nie mogę się doczekać, weź nawet a capella. - ponaglam go.

-Już, już... Jakieś życzenia? - uśmiecha się do mnie.

-Tak! - odpowiadam, bo mam genialny pomysł. - Poproszę ,,Mad World". Mam tu gdzieś tekst. - rzucam się do grzebania w stosie papierów na parapecie. W końcu wynajduję słowa i nuty.

-Ćwiczyłem to kiedyś, umiesz grać na pianinie?

-Tak, tak, umiem. - siadam za instrumentem i po krótkiej rozgrzewce gram fragment utworu. - Pasuje Ci ta tonacja?

-Tak, wydaje się być okay. - potwierdza.

-Świetnie. - uderzam w klawisze i robię krótki wstęp. To co słyszę przekracza moje oczekiwania.

                                                                                        
(Wiem, że jest tutaj też perkusja, ale chodzi o sam utwór) :)

 





piątek, 30 października 2015

5

Idę do kuchni. O dziwo, po krótkiej rozmowie z zupełnie obcym mi jeszcze chłopakiem czuję się niebo lepiej. Sięgam do zamrażalnika. Lody śmietankowe, lody truskawkowe, lody miętowe... No nareszcie, wyjmuję kostki zamarzniętej wody. Wrzucam kilka do szklanki i biorę łyżeczkę. Pewnie to dziwne, ale zawsze kochałam jeść je same.

-Chryste, jestem wściekła! - słyszę głos Blacky i po chwili dostrzegam jej rozwichrzoną, ciemną fryzurę i szczupłą sylwetkę. Powinna teraz pracować w Ed'em nad jego wizerunkiem, ale coś musiało im przerwać. Niespotykane. Zawsze są tacy skupieni w tym co robią i nic ich od tego nie może oderwać.

-A co, pokłóciłaś się ze swoim rudym?

-Moim? - zdezorientowana unosi brwi.

-No, w sensie z Sheeran'em. Teraz mamy jeszcze Adama.

-Że Ed jest mój, a Lambert Twój?

-No, coś takiego.

-Uuu, spodobał Ci się nasz nowy współlokator? - natychmiast zapomina o całej złości i z ciekawością wlepia we mnie oczy. - Czyżby nowa para w świecie showbiznesu?

-Zamknij się lepiej. - zwijając się ze śmiechu rzucam w nią rękawicą kuchenną, która akurat leży w pobliżu. Obrywa w sam nos. - Jeszcze ktoś usłyszy. Zresztą wyobraź sobie nas jako parę... Chyba nie.

-E tam, pasujecie idealnie. Przeciwieństwa się przyciągają.

-Przestań, Alex, ja już nie mam siły. - chichoczę. Lubię Adama, ale wizja w której miałabym być jego dziewczyną jest... wręcz niewyobrażalna. Akurat my do siebie nie pasujemy. Może jako przyjaciele to tak, ale coś więcej.

-Co Was tak bawi? - dołącza do nas Sheeran. W jednej dłoni ściska gitarę, w drugiej natomiast notatnik. Minę ma wręcz rozanieloną, Blacky natychmiast staje się naburmuszona.

-Ja muszę teraz coś zrobić. Zapomniałam wypełnić pewnych papierów. -  nawet nie sili się aby znaleźć dobrą wymówkę. Zostawia mnie z zaskoczonym rudzielcem.

-Miałem wrażenie, że się na mnie obraziła. Ale zupełnie, nie wiem o co.

Milczę. W końcu ja też nie mam zielonego pojęcia. Stoimy tak przez chwilkę.

-Ah, Anthony, nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy.

-Aha. - ignoruję go.

-Jestem taki szczęśliwy. - powtarza z naciskiem.

-Doprawdy? A co się stało?

-Słuchaj. - zaczyna. Myślę, że teraz właściwie nie mam wyjścia i muszę poświęcić mu minutkę. - Zakochałem się. - wypala nagle.

-Co?! A w kim? - aż podskakuję.

-No, w dziewczynie.

-Super Ed, może coś więcej? -parskam.

-Okay, okay. Już mówię. Nazywa się Joan Wheels. Studiuje dietetykę, jest weganką. A, jeszcze jest blondynką. I jest przecudowna! Musisz ją poznać.

-To może zaprosisz ją dzisiaj do nas na kolację? - proponuję, bo naprawdę mam ochotę ją zobaczyć.

-Nie jest to zły pomysł. Ale trzeba zdetronizować Heather, żeby nie palnęła czegoś głupiego. Ona potrafi być okrutnie wredna.

-Co może powiedzieć? To że w Twoim pokoju zalega stos brudnych skarpet?

-Nie przesadzaj, tylko mała górka. - rechocze Ed. - Właśnie, muszę je sprzątnąć. Zresztą mieszkam tu tylko tymczasowo. Muszę znaleźć dobre lokum dla mnie i moich kotów.

-I Joan. - dodaje.

-Nie, ona woli być niezależna. Ale zadzwonię do niej, ugotujesz coś?

Nie czekając na odpowiedź, Sheeran znika. Idę odnaleźć Blacky. Już chyba wiem czemu jest zła. Pewnie odzywa się w niej  zazdrość. Jest w swoim pokoju.

-Hej. -uchylam drzwi. - Już znam sytuację. 

-No bo... Ed ma dziewczynę!

-To już wiem. Podoba Ci się on czy co? Bo poprzedniczki tej Joan jakoś Ci nie przeszkadzały.

-On zupełnie stracił dla niej głowę! Gada w kółko to samo. Jaka ona jest piękna, jaki cudny ma głos, jak genialnie coś tam zrobiła. I nawet zamierza przejść na wegetarianizm dla niej! I nie da się z nim porozmawiać o niczym innym tylko o niej. To mnie denerwuje! - wyrzuca to z siebie.

-Daj mu dzień przerwy. Z czasem mu minie ta obsesja. - radzę.

-Ty naprawdę nic nie rozumiesz. On po raz pierwszy tak to przeżywa. Boję się, że z czasem ona zajmie moje miejsce. Zostanie jego doradcą w sprawie wszystkiego. A ja będę sama. Jezus, ryczę. - pociera oko.

-Nie martw się, ja też dzisiaj płakałam. - przyznaję się. - Ale już uspokój się. - podchodzę do nieej i ją przytulam. - Ed na pewno tak nie zrobi.

-Ah, my emocjonalne. Za bardzo się wzruszamy Anthony. To szkodzi zdrowiu.

 

A tutaj cudowna Joan :) Zapraszam ja zwykle do komentowania ♥

czwartek, 29 października 2015

4



Gdy pierwsze emocje opadły, a nowy lokator zdążył już się wprowadzić i zaszyć w swoim pokoju (zresztą obok mojego. Dzieli nas tylko szafa, co w innym przypadku mogłoby być zaletą, ale chyba nie teraz.) idę poszukać May'a. Mimo że obchodzę cały dom kilka razy nigdzie go nie ma. Przez przypadek natomiast wpadam na pisarza. Na jego twarzy jest jeszcze więcej makijażu niż zwykle, ma nową perukę, wyjątkowo dobrany strój. Ze zdenerwowaniem przebiera palcami. Przy okazji dostrzegam, że zmienił sobie kolor na paznokciach. Zamiast neonowego różu jest teraz ciemny granat.

-Madmoisielle... - zaczyna.

-Breckin, prosiłam Cię chyba z tysiąc razy - nie nazywaj mnie tak! Co Ty w tym takiego widzisz? To strasznie wkurzające. A swoją drogą, to nieźle wyglądasz.

-Dzięki. Jakoś tak się przyzwyczaiłem i wiesz. Możemy pogadać? Sprawa jest naprawdę ważna.

-No pewnie, mów. - zastanawiam się o co może chodzić. Nasz transwestyta nigdy nie przychodził do mnie zwierzać się ze swoich problemów. Cóż za nagła zmiana.

-Nie Chryste, nie tutaj. Musimy iść, tak żeby nikt nic nie słyszał. - odpowiada, po czym chwyta mnie za ramię wbijając swoje długie tipsy w moją rękę.

-Ej, uważaj. - syczę. - To boli.

Mężczyzna rozluźnia uchwyt, ale ciągnie mnie uparcie za sobą. Po chwili znajdujemy się w ogrodzie. Jest piekielny upał, ale mamy w końcu sierpień, więc czego się można spodziewać. Idziemy jedną z alejek prowadzącą po tym niemalże parku. Pisarz idzie koło mnie niczym kobieta. Naprawdę, jeżeli chodzi o poruszanie się na obcasach jest dużo lepszy ode mnie. Kiedyś może czułabym się niezręcznie, jednak z czasem przywykłam do tego ,,zjawiska".

-Powiesz mi o co ci chodzi? Bo naprawdę...

-Cicho, już mówię, daj mi chwilę. - przerywa. - On.. po prostu nie może z nami zostać.

-Adam? Ale czemu? - wytrzeszczam oczy. - Dopiero co przyjechał.

-On nie pasuje.

-Ale dlaczego? Może to chwilowe...

-Nie, on się nie nadaje do tego zespołu. Nie jest tym kimś.

-Słuchaj mnie Breckin, bo teraz powiem prawdopodobnie najmądrzejszą rzecz w moim życiu. Ja nie jestem ślepa. Tak, on jest gruby. Tak,nie prezentuje się najlepiej i owszem, wydaje się zamknięty w sobie. Ale ma talent. Bo ja go słyszałam. I choćbym miała to przepłacić godzinami tkwienia z nim na siłowni, u kosmetyczki i Bóg jeszcze wie czego ja sprawię, że on będzie frontmanem Queen. I o ile teraz nie pasuje, kiedyś będzie idealny. - odparowuję i już zaczynam wracać do domu, ale zatrzymuje mnie ten złośliwy głos.

-Bo Brian tak chce, prawda? Oh, dziecinko nadal boisz się, że on Cię odda?

Zamieram. Przez chwilę odnoszę wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Narasta we mnie złość. Coś mnie rozsadza. Skąd on wie?! Że to był największy strach mojego życia?! Żeby już nigdy nikogo sobą nie zawieś lub rozczarować?! Gwałtownie się odwracam.

-A Adam jest taki podobny do Lucy, prawda?

Wciągam powietrze. Tylko spokojnie, proszę siebie żeby nie wybuchnąć. Nadal nad tym nie panuję. Drżą mi ręce, zaciskam dłonie w pięści. Próbuję się ogarnąć, odejść. Ale nie umiem, jestem za słaba. Czuję jak łzy porażki spływają mi po policzkach. Jak on mógł?

-Nigdy... - zaczynam i robię przerwę aby zaczerpnąć tchu. - Nigdy... Nie mów o niej w moim towarzystwie.. A nawet gdyby był podobny, nawet gdyby tak było, to wiedz, że nikt nie zastąpi Lucy. Nie! Nie ma w ogóle o czym mówić! - histeryczny pisk wyrywa się z mojego gardła i odbiegam, byleby jak najdalej od niego. Chcę zapomnieć, ale to zbyt świeże.

-Anthony... - słyszę jeszcze. Pewnie nie chciał mnie urazić. Płaczę. Tusz do rzęs przekształcił się w dwie czarne smugi na moich policzkach. Zwalniam tempa. Znajduję się przy pięknej, porośniętej bluszczem fontannie. Dawno nieczynnej. Moje malutkie miejsce do wylewania swoich żali do świata. Zwijam się w kłębek i kładę głowę na kolanach. W mojej głowie pojawiają się najlepsze sytuacje z mojego życia. Ucieczka na koncert z Ethanem, pierwsze wakacje, moja mama opowiadająca mi bajki. Jak to było dawno. Jestem zdecydowanie zbyt sentymentalna, ale tylko to przywraca uśmiech na mojej twarzy. Czuję się upokorzona. Nagle ktoś kładzie mi dłoń na plecach. Odskakuję jak oparzona, mało nie wpadam do fontanny. Myślałam że to Breckin, przede mną natomiast stoi Lambert w całej swojej okazałości.

-Przepraszam... Ja nie chciałem Cię przestraszyć, tylko tak... jakoś siedziałaś i zacząłem się martwić... - tłumaczy się chłopak.

-Nic się nie stało, właściwie to ja zareagowałam zbyt nerwowo. - uśmiecham się do niego i dopiero zaraz zdaję sobie sprawę, że przecież muszę tragicznie wyglądać.

-Coś się stało? - delikatnie pyta rudowłosy (przyp. Adam miał rude włosy na początku).

-Bardzo dużo. A co, aż tak źle? - wskazuję na moją twarz.

-No, może tylko trochę. - śmieje się Adam. - Ale właściwie to czemu..?

Uciszam go gestem.

-Jest bardzo dużo powodów, nagromadziły się i mnie dobiły. - ocieram grzbietem dłoni łzę. - Kiedyś Ci opowiem, bo teraz jest tak, rozumiesz... jeszcze muszę to przemyśleć.

Chwilę spoglądamy na siebie. I tak, transwestyta miał rację, to są w zupełności oczy Lucy. Mojej jedynej, kochanej Lucy.


A tutaj proszę, zdjęcie Alex lub Blacky (jak kto woli), która w Fan Fiction i nie tylko jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek i jako jedyna rozumie ,,kilka" rzeczy. ♥♥♥

Pozdrawiam i zapraszam do komentowania :)


poniedziałek, 26 października 2015

3

Przed Wami kolejny rozdział :) Zachęcam do komentowania.
-------------------------------------------------------------

Mozolnie mija mi ten tydzień. Próbuję zapomnieć choć na chwilkę o tym, że przyjeżdża ten cały Lambert. Słabo mi idzie. Nie mogę usiedzieć w jednym miejscu. Od wczoraj w naszym domu jest też Roger. Niestety, czasu nie da się przyspieszyć, więc musimy jeszcze poczekać. Na szczęście od natłoku zajęć, które mam przynajmniej co robić.

Nareszcie następuje ten dzień. Każda minuta trwa wieczność. Muszę się jakoś przygotować. Witanie nowego wokalisty Queen w koczku podomce, bez makijażu i rozwleczonej koszulce Brian'a, podczas gdy wszyscy w naszym domu są ubrani w to co mają najlepsze i w ogóle są perfekcyjnie przygotowani nie wchodzi w grę. Gdy zostaje mi zaledwie półtorej godziny (No tak, teraz dla odmiany czas będzie gnał. Taka złośliwość losu.) staję przed moją ogromną szafą, w której wbrew pozorom jest tylko trochę ciuchów i zaczyna się problem. Co na siebie włożyć? Z desperacją wyciągam co raz to inne komplety, a połączenia, które kiedyś były jednymi z moich ulubionych nagle strasznie brzydną.Wołam Alex, może ona będzie umiała mi pomóc. Po chwili pojawia się obok mnie. Jakimś niepojętym cudem utrzymuje się na 15 cm szpilkach, oczywiście w kolorze czarnym. Wyciąga z otchłani półek jakąś dawno zapomnianą przeze mnie bluzkę i wręcza mi ją bez słowa. Następnie wygrzebuje moje ukochane, poprzecierane dżinsowe spodenki.

-Tyle? - pytam. - Spodziewałam się po Tobie czegoś więcej. - mówię patrząc na zwykły, biały T-shirt.

-Czego jeszcze chcesz? - mruczy Blacky (tak ją nazywam z powodu jej zamiłowania do ciemnych kolorów) i odgarnia z czoła grzywkę. - Lepiej się pospiesz, bo zostało Ci mało czasu. Niedługo przyjeżdża.

-Jak to? - mój marny wygląd na moment przestaje mieć znaczenie. - Za ile?!

-Nie drzyj się, może przesadziłam, jeszcze 40 minut. Po za tym w takich prostych rzeczach wyglądasz najlepiej. Nie potrzebujesz nie wiadomo czego znowu. Okaż troszkę wdzięczności.

-Dałaś mi spraną szmatę i portki, które zaraz ulegną destrukcji. Za co mam Ci dziękować? - pytam ze śmiechem. - Ale niech Ci będzie, uznajmy, że jestem wielbicielką stylu minimalistycznego.

Gdy moja koleżanka wychodzi wkładam komplet, który dla mnie wybrała i o dziwo, wcale nie jest tak źle. Moje domowe klapki zamieniam buty na obcasie. Dobrze jest, wyglądam jak człowiek. A przynajmniej jak coś podobnego do homo sapiens. Wychodzę z mojej sypialni, a koło drzwi wejściowych już widać komitet powitalny. Składa się on ze wszystkich mieszkańców tego domu, czyli Blacky, Brian'a, Colina, Heather, Ed'a, Breckin'a i Rogera. Podchodzi do mnie May.

-I co Anthony, gotowa?

Ze zdenerwowaniem tylko kiwam głową. Wszyscy niecierpliwie czekają na dźwięk dzwonka. Rzucam spojrzenie Breckin'owi. Bez dwóch zdań jest on bardzo ciekawą postacią. Wprowadził się do nas 3 lata temu. Zawsze był transwestytą. A właściwie transgenderowcem. Tylko się przebiera za kobietę, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wolę nie wnikać w szczegóły. Nosi peruki, robi sobie mocny makijaż, właściwie nigdy nie widziałam jego twarzy tak bez niczego. Jest pisarzem, chyba studiował na jakimś ważnym uniwersytecie. Jest mniej więcej w wieku Bri'ego. Teraz widzę jego oczy skierowane w moim kierunku. Spod długich, sztucznych rzęs trudno dostrzec choćby jego tęczówki.

Naglę słyszę pukanie. Trochę nieśmiałe i ciche, ale z pewnością ktoś chce dostać się do środka. Mówię o tym Roger'owi. Przepycha się wśród tłumu, który tu powstał. Wolniutko uchyla drzwi.

-Przepraszam, chyba dzwonek Wam się popsuł, bo nikt nie reagował...

To on! Ten głos, na 100%. Ugniatam w dłoniach skrawek bluzki. Zobaczymy go. Dostrzegam już, że ktoś wszedł. Tylko że nie jestem w stanie ujrzeć choćby czubka głowy tej osoby. Smutny los niewysokich ludzi. Do tego stoi przede mną prawie 2m transgenderowiec na szpilach wyższych niż moje. Super! Próbuję podskoczyć, ale nie daje to jakiś większych rezultatów. Po minach innych odnoszę wrażenie, że coś jest nie okay. Szturcham Colina w bok.

-I co, jaki on jest? - pytam szeptem.

-Eh.. zazdroszczę Ci, że jesteś niska. Nie jesteś zawiedziona. - odpowiada mi, jednak mam wrażenie, że w ciszy, która panuje wokoło, każdy mógł go usłyszeć.

Udaje mi się przepchnąć do przodu. Rzeczywiście, Colin miał rację. Jestem rozczarowana. Czemu ja próbuję sobie wmawiać, że wygląd nie ma znaczenia? Czemu wyobrażałam sobie jakiegoś wybitnie przystojnego faceta, który natychmiast poprosi mnie o rękę, lub coś w tym stylu?

Przede mną stoi nieco gruby, rudy  chłopak o żółtych zębach. Jakoś nie pasuje mi do wizji cudownego frontmana, którą wykreowałam. Zaczynam mieć wątpliwości, czy Brian na pewno dobrze postąpił. Wprawdzie każdy może sobie przefarbować włosy, schudnąć, wybielić zgryz... ale na ten moment... nie. Mimo to podchodzę do niejakiego Adama Lamberta. Z jednym z moich najszczerszych uśmiechów podchodzę do rudzielca i wyciągam rękę.

-Hej, jestem Anthony i strasznie się cieszę, że będziesz nowym wokalistą Queen..

sobota, 24 października 2015

2

Jak zwykle, mój budzik dzwoni o 5:30. Zaspana spoglądam na telefon. Kurczę, zapomniałam, że dzisiaj sobota, mogłam wyłączyć dzwonek. Tak mogłabym jeszcze godzinkę pospać. No cóż, trudno. Zwlekam się z cieplutkiego łóżka i idę do łazienki. Pierwsze co widzę to moje odbicie. Podkrążone oczy, zmierzwione włosy. Straszne. Interesujące jest to, że czasem w gazet widzę tytuły ,,Piękna córka May'a coś tam, coś tam" albo ,,Anthony May jedną z najpiękniejszych". Nie wiem kto to pisze, ale musiałby mieć zabawną minę gdyby dowiedział się jak wyglądam bez makijażu i tony lakieru na głowie. W miarę szybko się ogarniam, myję twarz a białą czuprynę związuję w niedbałego warkocza. Ubieram strój sportowy składający się z czarnych leginsów i T-shirtu i po chwili stoję gotowa na dworze. Kocham poranki, wtedy najlepiej jeździ się na rolkach. Mam jakieś nieokreślone przeczucie, że dzisiaj wydarzy się coś niesamowitego.Ostatnim razem kiedy coś takiego czułam, trafiłam do domu dziecka. I choć w pewien sposób było to niesamowite, raczej nie mam ochoty na powtórkę. Wkładam słuchawki i jadę przed siebie. Ulica jeszcze śpi. Co poniektórzy, Ci którzy pracują w korporacjach po 12 godzin na dobę (może przesadzam, ale nazywamy ich z Brian'em Korpoludkami) już wyjeżdżają. Wydaje mi się, że mimo, iż moje życie prywatne jest narażone na ataki natrętnych dziennikarzy, to i tak czerpię z niego większą przyjemność, niż oni. Ale też co mają zrobić? Trzeba jakoś zarabiać. Nawet nie zauważam kiedy z godziny 6:00 robi się 8:00. Najwyższa pora wracać. Ktoś musi zrobić śniadanie tym wszystkim ludziom w domu May'a. I wiadomo - tą osobą jestem ja. Naprawdę, przez siedem lat mieszkania z tym człowiekiem pokochałam go jak ojca i nie mogę złego słowa na niego powiedzieć. Naprawdę jest cudowny. Ale w życiu nie nauczy się zrobić nawet jajecznicy. Jego talent kulinarny w skali od 1 do 6 wynosi -3. Heather zapewne się na mnie obrazi i nie będzie się do mnie odzywać przez tydzień. W sumie jej posiłek to tylko zalanie płatków mlekiem, ale ona palcem nie kiwnie. Najgorsze jest to, że każdy z moich ma współlokatorów ma inną dietę, to też każdemu trzeba przygotować coś innego. Ten jest weganinem, ta witarianką inny żywi się tylko sokami. A że to ,,ludzie sztuki'', sami nie mają czasu i chęci, żeby coś zrobić. Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek telefonu. Brian.

-Halo? - odbieram. - Coś się stało? Macie jakiś problem ze śniadaniem? Zaraz będę, Ty tam lepiej nic nie dotykaj! - dodaję na wszelki wypadek. Lepiej uniknąć kuchennego tornada w postaci gitarzysty. Zapewne nie obyło by się też bez poparzeń, skaleczeń i kilograma opatrunków. To kolejna zmora tego człowieka. Plastry zawsze sklejają mu się w jeden mega wielki plastropotwór.

-Dziękuję Ci kochanie za to, że tak wierzysz w biednego staruszka.Ty to umiesz podnieść moją samoocenę. Ale, ale... to nie o jedzenie chodzi.

-Nie? - dziwię się. - To o co?

Następuje chwila czekania. Wreszcie słyszę spokojny głos.

-Znalazłem wokalistę Queen. - te słowa docierają do mnie z jakimś opóźnieniem. Mój mózg pracuje na strasznie wysokich obrotach, a i tak nie jestem w stanie tego pojąć.

-Usłyszałem go w takim zespole rockowym, wiesz amatorskie nagrania i tak dalej. Ale głos ma... perfekcyjny! Zresztą jak wrócisz to sama zobaczysz.

-Aaa..ok - udaje mi się w końcu wykrztusić. - Ale gdzie?

-No mówię przecież, w zespole takich młodych chłopaków.

Udaje mi się opanować. Biorę głęboki wdech.

-Dobra Bri, pogadamy w domu. Już wracam. - rozłączam się. Dopiero teraz dociera do mnie ogrom tej sytuacji. Zaczynam się śmiać na całe gardło. Gdzieś czytałam, że to najbardziej prymitywna reakcja. Kilka Korpoludków odwraca głowy i przygląda mi się z obrzydzeniem. Chryste, tak bardzo się cieszę! Tyle potajemnego szukania, tyle obejrzanych talent show. A ten sam sobie poradził!

Podjeżdżam pod bramę. Naciskam guzik dzwonka i za moment znajduję się w tym wielkim ogrodzie. Koło drzwi zdejmuję rolki, po czym wolniutko wchodzę do środka. Wszyscy najwyraźniej śpią. Ciekawe, zazwyczaj o tej porze domagają się śniadania.

-Anthony... - odwracam się i widzę May'a. - Chodź, mam to na laptopie. Spodoba Ci się.

Podekscytowana idę za nim. Ze zdenerwowania macham rękami, nie mogę przestać się uśmiechać.

-Wiesz co... Powiem Ci coś w sekrecie, ale nie mów Rogerowi. Ukrywałam to przed Wami, bo nie chcieliście nowego wokalisty. Ale szukałam, szukałam. Pamiętasz moją obsesję na punkcie różnych konkursów. No właśnie. To dlatego. I jestem tak szczęśliwa, że...

-Że? - pyta mnie gitarzysta przeczesując palcami swoje siwe loki. Siada przy komputerze i pokazuje mi krzesło obok.

-Że... nie wiem. A tak nie w temacie, naprawdę, czasem się zastanawiam jak Ty się czeszesz.

Brian zaczyna się śmiać, ale po chwili uruchamia jakiś plik mp3. Z głośników rozbrzmiewa słabej jakości nagranie. Po wstępie dołącza się do tego wokal. I zaczyna być nieźle. Naprawdę, niewiele trzeba zrobić, żeby to był głos wybitny. Skala jest, barwa jest, emocje są.

-I co? - pyta mnie siedzący obok Bri. w oczach ma jakąś iskrę. Już wiem, że nie odpuści i nawet Rogera przekona, żeby wznowić działalność. Na parę minut mam wrażenie, że zniknęło w nim to typowe dla niego zrównoważenie. Wyszczerzam zęby.

-Jak to co? Jestem wniebowzięta! Wreszcie postanowiłeś wznowić Queen! Wiesz jak ja na to długo czekałam? I mam nadzieję, że jesteś absolutnie pewny, bo nie spodziewałam się po Tobie takiego zachowania. Zawsze musisz każdą rzecz przemyśleć, a teraz... Zresztą nieistotne. A co do tego wokalisty... Wydaje się być szalenie zdolny. Znasz go? Jak się nazywa? I jak wytrzasnąłeś te piosenki?

-Mój znajomy zna jego rodziców, dał mi płytę żebym ocenił talent chłopaka. Nazywa się jakoś na A.. Andrew albo Arthur. Nie! Już wiem, Adam. Adam Lambert.

-Adam Lambert - powtarzam w przekonaniu, że kiedyś będzie kimś wielkim. - Adam Lambert. I co teraz? Powiesz Rogerowi? - zauważam, że gdy May jest beztroski, ja natychmiast staję się opanowana. Muszę myśleć za naszą dwójkę, a zwykle robi to on. - Jak zamierzasz się z nim skontaktować? Zamieszka u nas? Ile on w ogóle ma lat?

-Jest w Twoim wieku Anthony. Chyba rok starszy. I tak, zamieszka u nas.

Patrzę w oczy sześćdziesięciolatkowi. Nigdy nie był taki zadowolony. Czuję, że coś się zmienia. I bardzo dobrze, najwyższa pora. Czasem miałam dosyć, panującego w tym domu smutku. Siedzimy na przeciwko siebie jeszcze dobre kilka minut.

-Tu się zaszyłaś! Szukałam cię. - ciszę przerywa gadatliwa jak zwykle Alex, która nagle pojawia się w pokoju. Najwyraźniej zdążyła już wstać. - Mam problem ze śniadaniem. - odgarnia z czoła ciemnobrązowy kosmyk. - Pomożesz?


To już koniec tego rozdziału. Serdecznie zapraszam do komentowania, co na plusy co na minusy. Po za tym, mam nadzieję, że zauważyliście zmianę w wyglądzie bloga (ah, jestem mistrzynią painta :) ). 

wtorek, 20 października 2015

1

Mam na imię Anthony, 22 lata i dwóch ojców. A żeby było zabawniej, żadnego z nich mianem taty nie określam. I nie, wcale nie pochodzę z jakiejś gejowskiej rodziny, chociaż uwierzcie, nie miałabym z tym żadnego problemu. Cała historia zaczyna się tam, gdzie każdy chciałby postawić kropkę. Opowieść zaczyna się na końcu. Jednak los bywa przewrotny i napisał przecinek. Szczęśliwa rodzina, która składała się z mamy, taty i dwóch córek nagle się rozpada. Kobieta umiera, mężczyzna popada w alkoholizm i oddaje dzieci. Brzmi znajomo? Tak, wiele jest takich przypadków. Słyszymy o nich na co dzień. W radiu, telewizji. Czytamy o tym w gazetach. I myślimy tylko: Jakie biedne dziecko. Ale te słowa nie odnoszą się w żaden sposób do tego, co czułam. Oh, ile ja bym wtedy dała za to, żeby czuć się jak to ,,biedne dziecko". Byłam zdruzgotana. Załamana. Niechciana. Niczyja. Lucy, moja siostra, zaledwie o rok starsza, chciała mi zastąpić wszystko co straciłam. Nie wyszło jej to, ale w końcu i ona była tylko dzieckiem. Sierociniec. To miejsce, do którego żaden maluch nigdy nie powinien był trafić. Poznałam tam Ethana - wysokiego chłopaka z błyskiem w oku. On nie tracił nadziei na lepsze czasy. Pamiętam do dziś, że kochał muzykę Queen. Zaprzyjaźniliśmy się. Puszczaliśmy wieczorami piosenki i zachwycaliśmy się głosem Freddie'go. Był dla mnie bratem. Darzyłam go miłością, na jaką może sobie pozwolić 14 letnia dziewczyna. Z Ethanem uciekliśmy raz na koncert. Tak, Queen. Nie było nas stać na bilet. Ale nie potrzebowaliśmy go. Gdybym miała opisać najcudowniejszą noc w moim życiu, z pewnością byłaby to właśnie ta. Oczywiście nie będę wspominać o konsekwencjach, które nas dotknęły po tym, jakby to ująć, wybryku. Ale jedno wiem - opłacało się.
 

Zaledwie 2 miesiące później okazało się, że znalazł się rodzic zastępczy, który podejmie się opieki nade mną i moją siostrą. Został poprzednio uprzedzony o incydencie z ucieczką. Nie zniechęcił się. Po wypełnieniu wszystkich formalności, zostało tylko czekać. Gdy wreszcie wszystko zostało załatwione, pracownik sierocińca zawiózł nas do domu naszych przyszłych rodziców. Zastanawiało nas to, że opiekun sam nie chciał po nas przyjechać. Po bardzo długiej podróży, zobaczyłyśmy otwartą bramę, porośniętą bluszczem i wysoki podjazd pod przeogromny budynek. Ogród był bardzo zadbany, cała ta willa... Aż się zdziwiłyśmy. Ale nic nie opisze tego, gdy drzwi otworzył nam Brian May. Lucy zawsze była tą spokojną, więc stała kulturalnie, nawet chyba udało się jej powiedzieć jakieś normalne powitanie. Ja natomiast musiałam zrobić coś bardzo głupiego, bo Brian do dziś mi wypomina jak zaczęłam tańczyć i śpiewać. No ale chyba jestem usprawiedliwiona... sytuacja w której adoptuje Cię Twoja ulubiona gwiazda zdarza się raz na miliard, albo i rzadziej. 

Do domu May'a wprowadziłam się 7 lat temu.Spoważniałam od tego czasu. Biorąc pod uwagę, sytuacje które się zdarzyły... ale o tym później. Najpierw nie mogłam przyzwyczaić do trybu życia prowadzonego przez Bri'ego. I kilku osób, które też mieszkały z nami. Bo to jest tak jakby mieszkanie artystów. I teraz jak na to patrzę, jest to bardzo ok. Dzięki różnorodności osób, które zostawały tu na trochę czasu, umiem teraz mówić po Włosku, gram nieźle na perkusji i poruszam się jakoś na szpilkach. Teraz nie wyobrażam sobie innego życia. Kocham to. Bywa, że wspominam czas w sierocińcu. Jest mi tylko strasznie głupio, że zostawiłam Ethana na lodzie... Tyle dla mnie zrobił, a ja...

Od czasu gdy zmarł Freddie, zespół nie koncertuje. John zrezygnował. Zostali tylko Roger i Brian. Próbowałam namówić ich na kontynuację działalności, ale brakowało im lidera, frontmana jakim był Mercury. Ale oni nie chcieli szukać. Nie potrzebowali tego, czuli się spełnieni. Ja zaczęłam oglądać wszystkie talent shows, łaziłam po konkursach jako juror, pojawiałam się niby przypadkiem na różnych castingach. Nic. Nie było nigdzie człowieka z głosem i charyzmą, na tyle silną, by podjąć się współpracy z Queen.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję za przeczytanie pierwszego rozdziału :) Póki co Adam tu nie występuje, ale już w następnej części się pojawi. Wybaczcie mi lekkie nieścisłości, niezgodność z prawdą, ale cóż.. to w końcu Fan Fiction.Dzisiaj dość krótko, ale to dopiero wstęp.

Anthony.

O czym będzie mój blog?

Hej, hej :)

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule - mój blog to będzie Fan Fiction o Adamie Lambercie. I w sumie tyle. Żadnej szczytnej idei. Zero wpisów z ulubieńcami miesiąca. Brak porad na jakikolwiek temat. Mam nadzieję, że moje wypociny spodobają się komuś na tyle, by został tu na dłużej niż 5 minut i śledził uważnie przygody Anthony, Adama i Briana. 

 Co dalej?
Może opowiem Wam skąd pomysł na Fan Fiction i zamieszczenie go na blogu. Otóż... historię o moim idolu piszę bodajże od miesiąca, ale do dzisiaj znajdowała się ona w moim zeszycie, zupełnie niedostępna dla świata. I tu przechodzimy do punktu kulminacyjnego. Pokazuję całe opowiadanie mojej przyjaciółce. I ona się w nie wciąga (a przynajmniej świetnie udaje zainteresowanie, w tym wypadku naprawdę należy się jej Oscar). 5 dni temu zakładam aska i poznaję Glamberts. Tam namawiają mnie, żeby wstawić moje Fan Fiction gdzieś do sieci. I w ten oto sposób - tam, tam, tam - jestem tutaj!

I żeby Was nie zanudzać - wstawiam ten post i przechodzę do pierwszego rozdziału :)