poniedziałek, 28 grudnia 2015

24

Siedzę na wielkiej, miękkiej kanapie przed telewizorem i oglądam film. Po raz któryś ten sam. Zresztą mało mnie interesuje fabuła. Ważne, że wszystko kończy się namiętnym pocałunkiem i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Dłonią wybieram resztki popcornu z metalowej misy i wrzucam go sobie do ust. Sięgam po wielki kubek leżący na krawędzi stolika, po czym biorę spory łyk słodkiego napoju. Chyba odgazowana cola. Odpoczynek przerywa mi Blacky, która nie wiadomo skąd się w ogóle tu wzięła. Chwyta szybko pilot i nim zdążę zaprotestować, wyłącza film. Mierzę ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.

-Ejj.. oddaj to. - mówię obrażonym głosem. Alex jakby mnie nie słyszała. Wyrywa mi z dłoni picie i odstawia je na oddalony o kilka metrów regał z książkami. Patrzę na nią osłupiała. - Hej, czemu mi to zabrałaś? Chcę to z powrotem.

-To się rusz. - mówi wyzywająco. Już mam się podnieść, ale zniechęcona opadam na kanapę.

-Zawołam Briana, on mi to poda, jędzo jedna. - odpowiadam z przekąsem.

-Chryste, nie sądziłam że kiedyś to powiem, ale jesteś idiotką. - dziewczyna odgarnia ciemne włosy z czoła i zakłada je za ucho. - Co Ty z sobą robisz? Pół roku spędzone w ten sam sposób. Odkąd poznałaś tego Ethana, tylko to robisz. Oglądasz telewizję, żresz, śpisz. - wylicza na palcach. - I użalasz się nad sobą. ,,Ah, ja nigdy nie znajdę miłości" lub ,,Oh, jakie los był dla mnie podły" - parodiuje mnie. - Kobieto, masz dwadzieścia siedem lat i ogromne możliwości! Możesz studiować gdzie chcesz, bo nasz kochany May da Ci każdą sumę o jaką poprosisz. A Ty nadal mieszkasz z nim w domu, jesteś tylko po liceum...

-Przypominam Ci, że też tu mieszkasz. - warczę. - Po za tym, kogo obchodzi moje wykształcenie? Adam też..

-Przestań zasłaniać się Adamem! - Blacky jest bezlitosna. - On zdążył wygrać idola, rozkręcić w miarę swoją karierę, a Ty? Nic nie robisz! Nic kompletnie!

-To dlatego, że mam problemy. Bo ja sama nie wiem kogo ja kocham... - przyparta do muru staram się jakoś bronić.

-Kurde, naprawdę jesteś taka? Czy Twoje życie obraca się tylko wokoło tych trzech chłopaków, o których paplasz przez ostatni czas? Rozumiesz, że wszyscy mamy tego dosyć?! W koło tylko Lambert, Ethan i Breckin, choć tego ostatniego nie mogę pojąć. Jak on mógł Ci się spodobać?! Twierdzisz, że Twoje uczucia to wielka tajemnica. Szczerze? Już każdy w tym domu wie, jakie masz kłopoty sercowe.

-Ale... - czuję, że powoli tracę argumenty. - Ja naprawdę miałam okropne dzieciństwo. - to zazwyczaj zamykało wszystkim usta. Ale nie menadżerce Sheerana.

-Jesteś dorosła. Nadal nie umiesz się z tym pogodzić? Wskaż mi jednego człowieka, którego życie nie doświadczyło w jakiś sposób. Kogoś mniej, kogoś bardziej. A choćby i ten Twój kolega z sierocińca. On nie jest taki jak Ty.

-Czyli jaki?! - rzucam wpieniona. Zaciskam dłonie w pięści i staram nie patrzeć się dziewczynie w oczy. Czekam na odpowiedź.

-Czyli żałosny. - słyszę chłodne słowa Black. Taka jestem. To oni o mnie myślą. Jestem żałosna.

-Ale Alex... ja sądziłam, że jesteśmy przyjaciółkami. - boi mnie, że ma o mnie takie zdanie.

-A co to ma do tego Anthony? Jesteśmy.

-No bo przecież... przyjaciele nie obrażają swoich przyjaciół.

-Nie chcę żeby Ci było przykro, tylko chcę Cię zmotywować do działania. A nikt inny nie chce Ci czegokolwiek powiedzieć. Zastanów się nad tym spokojnie. - dodaje i zostawia mnie samą.

Jestem wstrząśnięta. Czy rzeczywiście aż tak źle ze mną? Jak oparzona podrywam się z miękkiej sofy i biegnę do mojego pokoju. Staję przed wielkim lustrem wiszącym na jednej ze ścian, po czym przyglądam się sobie krytycznie. No tak, miesiące żywienia się fast foodami dają efekty. Jezu, jestem gruba. Tłusta i żałosna. Nie, nie, nie.... Nie! Ja nie chcę! Łzy cisną mi się do oczu. Wyglądam okropnie. Nie ma mowy, żebym gdziekolwiek się tak pokazała. Unoszę wymięty T-shirt do góry. Mój brzuch... Chryste... Muszę coś z tym zrobić. Od jutra zapisuję się na siłownię. I muszę iść do fryzjera! Chociaż nie... najpierw trzeba schudnąć... Żeby pozbyć się tych emocji łapię gazetę, leżącą na szafce nocnej koło mojego łóżka. Może chociaż na sekundę przestanę rozmyślać o tym, co usłyszałam od Alex. Wiem, ona ma rację. Zaniedbałam się. Tylko narzekam na to, co się dzieje. Nie umiem sobie z tym poradzić. Gazeta jest sprzed kilku dni, ale jej nie czytałam. Na pierwszej stronie coś związanego z polityką, w dziale kulturowym oczywiście wiadomości o Adamie (ah, jakie to okrutne, że on jest  gejem! Jak to możliwe?! Skandal!), poniżej jakieś przepisy. Przewracam kartki. Nauka.

Christian Lonvel, angielski chemik, wynalazł właśnie lek na chorobę dotykającą niemowlęta.

Już mam zamknąć gazetę, gdy coś sobie uświadamiam. Wracam do artykułu, który przed chwilą zaczęłam czytać.

Christian Lonvel, angielski chemik, wynalazł właśnie lek na chorobę dotykającą niemowlęta. 

Znany i szanowany naukowiec z Oxfordu, Christian Lonvel (l.60) właśnie...

Zamieram. Znam to nazwisko. Sama je nosiłam. A mój ojciec miał na imię Christian. Był chemikiem. I  w tym momencie, powinien mieć dokładnie 60 lat. Zaciskam palce na papierze, w nadziei, że dowiem się czegoś więcej. Chłonę każde słowo. Dziennikarz pisze tylko o geniuszu tego faceta, jaki to on cudowny i w ogóle. Na końcu jest mały dopisek.

Dnia 16 lutego nasz narodowy bohater pojawi się w telewizyjnym talk show, w którym opowie nam o tym leku.

Z wściekłością rzucam gazetą w kąt pokoju. Bohater narodowy... Zwykły pijak.




poniedziałek, 21 grudnia 2015

23

I znowu mija tydzień. I drugi. Bez Adama. Ale z ponad setką nieodebranych połączeń. Straciłam ochotę na rozmowę z nim. Ogółem, rzecz dziwna, czuję się lepiej. Dużo lepiej. Tylko dręczy mnie jeden problem - Ethan czy Breckin. Który?? Ja... czuję się zakochana. Tak, to pewne. Ale nie mam pojęcia, w którym z nich. Chryste, czemu inni nie mają takich durnych problemów jak ja?!

-Anthony... - Brian przerywa mi moje rozmyślania. - Przyszedłem Ci tylko powiedzieć, że Adam dostał się do Idola. Tego programu.

-Aha... - kwituję jego wypowiedź. - I co w związku z tym?

-Myślałem, że będziesz się cieszyła, ale... Czy między wami była jakaś kłótnia? On dzisiaj do mnie zadzwonił.

-Do mnie też. Poczekaj. - unoszę telefon i wpatruję się w ekran. - Jakieś 17 razy.

-Czy coś się stało?

-Nie. Mam go dosyć na ten moment. I tyle.

-Może... powinniście to sobie wyjaśnić? Niedługo zamierzamy rozpocząć współpracę i nie chciałbym żadnych nieporozumień.

-Niedługo czyli ile? - dociekam.

-Półtora roku? Jakoś tak. Program startuje za miesiąc, więc to zależy od tego, jak szybko rozwinie się kariera Adama.

-Spokojnie, jakoś to będzie. - wymijam staruszka i udaję się do korytarza. Wyciągam rolki ze schowka. Pora wreszcie pojeździć. Zakładam je na stopy i po chwili jestem na idealnie płaskim asfalcie przed naszym domem. Zaledwie po przemieszczeniu się o parę metrów, czuję wibracje w kieszeni. Wyciągam komórkę. Numer nieznany. Zaintrygowana odbieram. Po raz pierwszy nie jest to Lambert.

-Halo? Z kim... - nie dokańczam nawet zdania, bo głos z telefony przerywa mi.

-Kurwa, przepraszam! Zrozum wreszcie - przepraszam! - po czym słyszę szloch.

-To Ty? - pytam ostrożnie. Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź. Tamta osoba milczy. - To Ty?

-A kto inny? To ja. - Adam. Adam. Adam. Adam. Nie. Znowu. - Jestem idiotą. Jestem debilem do kwadratu. Naprawdę nie chciałem tak zareagować.

-A jednak zareagowałeś. - mówię i już mam to zakończyć. Ale coś mnie powstrzymuje.

-Anthony, proszę Cię. Daj mi szansę.

-Czemu miałabym to robić? - łzy napływają mi do oczu. Chcę tego. Chcę najbardziej na świecie. Ale moja pieprzona godność nie może tego znieść.

-Proszę. - błagalny głos w słuchawce nie daje mi spokoju.

-Dobrze. - biorę głęboki oddech. Pewnie będę tego jeszcze żałować.

-Jezu, mówisz serio? Dziękuję. Dziękuję. Boże, kocham Cię. Już się bałem, że nigdy się do mnie nie odezwiesz. Przyjadę do Was. Choćby i zaraz.

-Nie przesadzaj. - mimowolnie się uśmiecham. - Nadal nie wiem, jak się z tym czuć. Wytłumaczysz mi wszystko mam nadzieję.

-Powiem Ci co tylko chcesz. Słyszałaś o Idolu? Tak bardzo się cieszę. - nie wierzę wciąż w to, że teraz z nim mogę normalnie pogadać.

-Tak, już wszystko wiem. Jestem z Ciebie dumna Adam. Naprawdę. - siadam na chłodnym krawężniku. - Ale mnie to męczy. Ma dosyć tego wszystkiego. - łamię się.

-Czego? Ja wiem, że tak szybko nie wrócimy do relacji, która nas kiedyś łączyła, ale powiedz proszę, co się dzieje? Kim jest Twój nowy chłopak?

-Nie mam żadnego chłopaka. - przykładam dłoń do czoła. Głowa mi pęka. - Ale jestem zakochana.

-W kim? - interesuje się Lambert. Czemu on musi być aż tak ciekawski?

-Hmm, jakby to powiedzieć... - zaczynam. - W dwóch osobach. Chyba.

-Co? To szybka jesteś. - śmieje się. Skąd ta zmiana nastawienia? Zaczynam mieć wątpliwości.

-To nie jest zabawne. Ani trochę. - obserwuję mijające mnie samochody, psy, rowery. Każdy wydaje mi się cholernie szczęśliwy.

-No dobrze, dobrze... - zachowuje dystans, bo chyba nie chce mnie urazić. - A możesz mi powiedzieć... w kim?

-A to nie Twoja sprawa. - odcinam się. Zapomniałam o naszym konflikcie? Prawie. Bo nadal mnie to gdzieś głęboko, w środku boli.

-Ej... - mruczy. - No powiedz. Ja bym Ci powiedział, gdybym znalazł sobie narzeczonego.

-Nie wątpię. No dobra, pierwszy jest Ethan, ten chłopak o którym Ci opowiadałam. Ten z sierocińca.

-Aha... A czy Twój wybranek nie ma przypadkiem jakiegoś wolnego kolegi? - nie umiem powstrzymać śmiechu.

-Nie, nie znam żadnego przyjaciela Ethana, który mógłby być gejem. Ale jak chcesz, to możesz spróbować poderwać naszego Scotta. - żartuję.

-O Boże, on mnie chyba nienawidzi. Zresztą jest zbyt kościsty jak dla mnie. - odpowiada Adam.

-No tak, bylibyście zestawieniem wybuchowym. - w wyobraźni już widzę wymuskanego fryzjera i Lamberta na ślubnym kobiercu.

-A ten drugi? Kto to?

-Ale nie będziesz się nabijał?

-Nie będę. - obiecuje.

-Breckin. - zamiast przewidywanej przeze mnie reakcji, czyli napływu wesołości, z telefony nie wydobywa się żaden dźwięk. - Co?

-Anthony, jako Twój przyjaciel będę z Tobą szczery - to skończony dupek. Nie ufaj mu za żadne skarby. On jest nieobliczalny. To psychopata. Zrani Cię jeszcze, zobaczysz.

-Wiesz, on mówi to samo o Tobie. - rzucam ironicznie. Znowu się nie odzywa.

-Porozmawiajmy jutro. Dobrze? Zadzwonię do Ciebie. Coś Ci wyjaśnię.




OGŁOSZENIA
Mam nadzieję, że podobał Wam się ten rozdział.Ostatnio tracę jakoś motywację do dalszego pisania, więc możliwe, że wrócę dopiero po świętach (niby kilka dni, a ja sobie porządnie wypocznę). Po za tym jestem szalenie wręcz zaskoczona - ponad 2,5 tysiąca wyświetleń. To dla mnie bardzo dużo. Może gdy będzie 3 tysiące zrobię jakiś rozdział specjalny czy coś? Bylibyście chętni?

Po za tym rzecz kolejna - jesteśmy w jakiejś połowie tego fan fiction. I ja (zapobiegawczo) rozglądam się już za kolejnym zajęciem. Może w Święta sobie wszystko dopracuję, dopnę na ostatni guzik. Mam kilka pomysłów i trudno mi się zdecydować. 

Założyłam snapchata - możecie mnie dodawać :)

chasing.madness

Dalej - proszę, komentujecie. To naprawdę motywuje. 








środa, 16 grudnia 2015

22

Chwilę stoimy przytuleni. Mam gdzieś, to że jego paznokcie mają różowy kolor. I to, że jest ode mnie ze dwadzieścia lat starszy.

-Anthony... - muska moją brodę palcami. - Czy... coś może z tego wyjść? - po raz pierwszy widzę Breckina w takim świetle. Nigdy przedtem nie odnosił się do mnie tak ciepło...

-Ja potrzebuję czasu. Przerwy. Wakacji. Śmierci. Czegokolwiek, byleby móc na moment zapomnieć o tym wszystkim. - wyślizguję się z jego objęć i staję po przeciwległej stronie pomieszczenia. Próbuję sobie ułożyć te durne puzzle w całość, ale skrawki, które posiadam, zupełnie do siebie nie pasują.

-Ależ...

-Breckin, zrozum - ja nie wiem co się dzieje. Proszę Cię, nie wiń mnie za nic, bo ja nie wytrzymuję tej sytuacji psychicznie. Mam dosyć. Jezu, jak ja bym chciała, żeby to wszystko potoczyło się inaczej.  Ty wiesz jak mnie męczy ta sytuacja? Teraz będę musiała iść do Bri'ego i Ethana i udawać, że wszystko jest super.

-Nie musisz nic udawać.

-Inaczej ludzie by mi współczuli. Nie chcę współczucia.

-Bzdura. Ty nie chcesz, żeby Adam musiał ponieść konsekwencje swojego zachowania. Chronisz go.

-Po co miałabym go... - urywam, bo zdaję sobie sprawę, że mężczyzna ma rację.

-Przecież jesteś w nim zakochana, czyż nie? To jest dobry powód. Zresztą, nie ukrywajmy, gdyby May dowiedział się czegoś więcej o waszych kłótniach, mógłby zacząć poszukiwanie nowego wokalisty albo w ogóle zrezygnować z występów. - znowu jest tym chłodnym, ironicznym Breckinem.

-To chyba moja sprawa, co do niego czuję. - mówię szorstko.

-Patrząc na to, co przed chwilą zaszło, to już nie tylko Twoja sprawa, kochanie. A ja mam nad Lambertem tą przewagę, że wiem jak się go pozbyć. I zniszczyć mu karierę.

-Nie zrobisz tego. - zamieram. - Nie. Zresztą Brian Cię nie posłucha. Jeżeli ja mu coś powiem, nie zwróci uwagę na Twoje słowa.

-Jesteś tego taka pewna? Przy Twojej kondycji psychicznej, nawet kochający tatuś nie weźmie tego, co mówisz na poważnie. - spogląda na mnie przebiegle.

-Co Ty próbujesz osiągnąć Breckin? - podchodzę do niego. Gdy dzieli nas jakieś 10 centymetrów podnoszę głowę i patrzę prosto w jego błękitne, hipnotyzujące oczy. - Co?

-Chcę, żeby on przestał Cię w  końcu ranić. Tylko tego chcę.

-Ale... - próbuję zaprzeczyć. Wmówić mu, że Adam wcale nie sprawił mi przykrości. Że to wcale nie boli. Ale nie jestem w stanie kłamać.

-Niech on sobie śpiewa z Queen, choć osobiście uważam to za głupotę. Niech wydaje płyty. Niech zajmuje pierwsze miejsca na listach przebojów. Szczerze - nienawidzę go. Ale nawet jemu nie życzę tego, by musiał cierpieć tak jak Ty. Tak, na pewno wielu rzeczy nie wiem. - wyciera łzę, która spływa po moim policzku. - Nie słyszałem waszej rozmowy telefonicznej. Ale z tego, co mu odpowiedziałaś, wnioskuję, że reakcja była z goła inna niż ,,oh, kochana, jak się cieszę, że już mnie nie kochasz!" - parodiuje głos Lamberta. - Brian powiedział mi o tej umowie. Nie dzwoń do mnie, póki nie znajdziesz sobie kogoś innego. Nie mam bladego pojęcia, kogo sobie upatrzyłaś... Ale błagam Cię, przemyśl to wszystko spokojnie. Nie chcę, żebyś trafiła na takiego dupka jak Adam.

-Wcale nie chodziło o to, żeby zakochać się w kimś nowym, tylko o to, żeby po prostu miłość przeszła.

-Bardzo rzadko zdarza się, żeby jedno nie było powiązane z drugim.

-Czyli uważasz, że musiałam sobie znaleźć chłopaka? - pytam i czuję, że w moim gardle rosnącą gulę.

-Ja? Tak, sądzę, że to wysoce prawdopodobne. - przesuwa dłoń po mojej szyi. Coś nagle we mnie pęka. Tracę nad sobą panowanie. Płaczę. Po raz który tego dnia? Przykładam dłonie do twarzy, bojąc się pokazać to, jaka jestem słaba. Nie wiem jeszcze, co sądzić o tym, co powiedział mi transgenderowiec. Nie dociera to do mnie. Nie umiem pojąć uczucia, którym może mnie darzy. Nic o nim nie wiem. Ale i tak zbliżyłam się do niego mocniej, niż do większości osób, które dotąd spotykałam. Nadal zasłaniam oczy. Czuję się otępiała jak nigdy dotąd. Breckin delikatnie ujmuje moje ręce i odciąga je od moich policzków.

-Słuchaj czy mógłbyś pójść do kuchni i pomóc Brian'owi zrobić kawę? - chlipię. - Już się chyba przekonałeś, że on tego nie potrafi zrobić... Powiedz, że zaraz przyjdę.

-Jasne, nie ma problemu. - mruczy mężczyzna. - Przygotuję Ci jakieś leki przeciwbólowe, bo musiałaś chyba się nieźle uderzyć. - dotyka mojej brody. Wychodzi i zostawia mnie samą. Powolutku przekręcam klucz w drzwiach. Nareszcie. Mogę ochłonąć. Nadal nie pojmuję, co zaszło kilka minut temu. Czy on mi właśnie...? Ale... Od kiedy? Cholera... Odkręcam wodę. Sprawdzam jej temperaturą - lodowata. Przemywam twarz w nadziei, że wszystkie moje troski zmyją się razem z łzami, krwią i brudem. Niestety - to nie działa w ten sposób. Przyglądam się sobie w lustrze. Jestem naprawdę mocno pokaleczona. Drobne rany, zadrapania i siniaki pokrywają całe moje oblicze. Boli to jak diabli. Sięgam po korektor znajdujący się w mojej kosmetyczce. Dostałam ją od Adama. Na urodziny. Próbuję ją olać. Nie zwracać uwagi. W końcu zwyczajny skrawek materiału w czarno-białe paski. Nakładam kosmetyk na obite miejsca. Piecze. Ale przynajmniej nie wygląda tak tragicznie. Zmieniam ubrania. Do kosza na pranie wpadają dresy i koszulka Briana, które raczej nie nadają się już do ponownego użytku. Wiążę moje białe, matowe teraz włosy w wysoki kucyk. Mój kochany fryzjer Scott byłby wściekły, że tak zaniedbałam te moje kudły. Jestem gotowa? Chyba tak. Mam nadzieję. Naprężam wszystkie mięśnie twarzy, tak że widać na niej piękny, ogromny uśmiech. Tak przerażająco realny...

-Hej, jesteście tam? - staram się zawołać jak najradośniej tylko umiem. Nawet dobra byłaby ze mnie aktorka. Wychodzi mi to doskonale. Brian nawet się nabrał, bo słyszę tylko jak mówi.

-O, już jesteś. Breck wprawdzie nam pomógł, ale... Siadaj, siadaj. - wskazuje mi miejsce koło Ethana. Kątem oka dostrzegam transwestytę, który krząta się przy ekspresie do kawy. - Muszę powiedzieć, że mimo tego co ostatni się dzieje, Anthony jest z dnia na dzień szczęśliwsza. - no chyba nie, komentuję to w myślach.  Nie zamierzam jednak wyprowadzać staruszka z błędu. - Tydzień temu nie było z nią kontaktu, a teraz?

-Kobieta zmienną jest. - wysilam się na żart i mimo wesołości, którą wywołałam, w środku czuję się tak rozbita jak nigdy. Ktoś kładzie przede mną białą pastylkę i szklankę z wodą.

-Weź, pomoże.

Gdyby coś tak małego umiało złagodzić tak wielki ból, jaki czuję, to wszyscy by się o to zabijali. Niestety, tabletka działa tylko na cierpienie fizyczne. Przełykam lek. Nie ma smaku. Zresztą kto w mojej sytuacji zwracałby uwagę na to, jak coś smakuje? Nagle dobiega mnie dzwonek mojego telefonu. Zrywam się z miejsca i rozpoczynam poszukiwania. Po kilku minutach dźwięk urywa się, ale komórka przynajmniej się znajduje. W łazience, w koszu na pranie. Wrzuciłam ją tam razem z brudnymi ciuchami. 5 nieodebranych połączeń. Adam. Serce podchodzi mi do gardła. W tym momencie znów rozlega się charakterystyczna melodia. Osłupiała wpatruję się w ekran. Lambert próbuje się do mnie dodzwonić. Tylko że ja nie mam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Odrzucam.


Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział kochani ♥ Troszkę trudniej mi było pisać, bo pisałam go w odstępie dwóch dni i czułam się zupełnie inaczej. Sądzę jednak, że jest dość dobry, ale ocenianie zostawię Wam :) Dziękuję za przeczytanie i wszystkie komentarze :)

sobota, 12 grudnia 2015

21

-Już zadzwoniłam, może wejdziemy do środka? - proponuję z fałszywym uśmiechem. Ile bym dała za minutę płaczu. Chwilę wrzeszczenia. Ale muszę grać. Jak to śpiewał Freddie ,,Przedstawienie musi trwać". Kontroluję każdy mięsień mojej twarzy. Chyba tylko oczy mogą mnie zdradzić, ale staram się nie spoglądać na Ethana i Brian'a.

-A mógłbym? - pyta chłopak. - To znaczy czy nie byłby to dla Was problem?

-Nie, no co Ty. - zaprzeczam gwałtownie. Sama już nie wiem co czuję. Przed chwilą wydawało mi się, że odkochałam się w Adamie, bo znalazłam mojego przyjaciela. Teraz gdy nie mogę nawet porozmawiać z Lambertem oddałabym wszystko. Mogłabym nawet do końca życia nie odezwać się do nikogo, byleby mieć teraz szansę na kontakt z czarnowłosym. - Tylko się w coś przebiorę, bo wyglądam jak Krwawa Mary czy inna postać z horroru. - zdobywam się na drętwy żart. To i tak dużo biorąc pod uwagę mój obecny stan psychiczny. - To może wy idźcie do salonu, czy gdzieś tam, wypijcie kawę... - dostrzegam, że May już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale uciszam go gestem. - Tak, pamiętam, nie umiesz obsługiwać ekspresu... Musze Cię w końcu tego nauczyć. - wzdycham. - Dajcie mi minutkę, ogarnę się i Wam pomogę.- rzucam przez ramię i już biegnę w kierunku domu. Łzy już ciekną mi po twarzy, dlatego nie obracam się nawet, aby sprawdzić, czy mężczyźni podążają za mną. Słyszę tylko ich głosy. Otwieram drzwi na oścież, i wchodzę do korytarza. Po kilku sekundach stoję już w moim pokoju przed szafą.Chwytam to co leży na wierzchu - jakąś szarą, prostą bluzkę i dżinsową spódnicę. W kilku susach dostaję się do łazienki i zatrzaskuję drzwi, tak by nikt nie mógł tutaj wejść. Dopiero teraz dopada mnie atak szlochu. Opieram się o ścianę, tak by nie upaść. Moja ramiona podnoszą się i opadają, a towarzyszy temu histeryczny płacz. Ostatni raz tak się czułam... Nie cholera, muszę przestać o tym myśleć. Mam się uspokoić!

-Przepraszam, że pytam madmoisielle, ale cóż jest powodem ronienia Twych łez?

Zamieram. Kurwa. Skąd on się tu wziął?! Jakim cudem.... Odwracam się z wściekłością. Transwestyta stoi w rogu, tuż obok prysznica. Ma chyba jakąś minimalną ilość makijażu, bo wygląda jakoś bardziej męsko niż zazwyczaj. Na głowie zamiast peruki ma turban z ręcznika. Widzę, że mimo swojego wieku, a on ma już chyba jakoś 55 lat, nie prezentuje się staro. A nawet przeciwnie.

-Nie Twój interes. - burczę. Nawet go lubię. Nawet. Złość powoli ze mnie wyparowuje. Zostaje tylko rozpacz. Czuję się oszukana. Jak on mógł? Jak Adam w ogóle mógł?

-W takim razie powiedz mi proszę, miałaś jakiś wypadek? - pokazuje moją brodę, na której mam już siniaki od upadku. -Dlaczego ostatnie noce spędziłaś płacząc? Kim jest ten chłopak, którego tu przyprowadziłaś? Czemu nie rozmawiałaś z Lambertem? I po co teraz do niego dzwoniłaś? A skoro Ci na nim zależy, to czemu kazałaś mu się, kolokwialnie mówiąc, pieprzyć? Co się stało? - zbliża się do mnie. - I może ostatnie pytanie - jaki był ten pocałunek? Wiesz o czym mówię.

Zaciskam dłonie w pięści. Tracę albo panowanie nad sobą, albo świadomość. Już nie rozróżniam tych dwóch rzeczy. Biorę zamach i moja ręka ląduje na policzku Breckina. Mężczyzna aż robi krok w tył. Unosi na mnie swoje hipnotyzujące oczy. Z jego ust spływa strużka krwi.

-O Chryste... - szepcę. Z przerażeniem śledzę to, jak strumień czerwonej cieczy staje się coraz większy.

-Nic mi nie jest. - mówi on. Czuję narastającą we mnie panikę. Z jednej strony, należało mu się. Ale ja nie chciałam, żeby aż tak... Na domiar złego przypomina mi się jeszcze, że czekają na mnie Ethan i Brian. Sięgam szybko po kawałek papieru toaletowego. Nieśmiało podchodzę do mężczyzny. Dotykam jego żuchwy dając mu w ten sposób do zrozumienia, żeby nie się nie ruszał. Jak na rozkaz nieruchomieje. Przykładam bały skrawek do rany. Prowizoryczny opatrunek natychmiast pochłania krew. Mam déjà vu. Tak jak przed chwilą Ethan mnie, teraz ja pomagam transwestycie. Czy transgenderowcowi. W sumie wszystko jedno. Breckin łapie mnie za nadgarstek.

-Naprawdę, wszystko ok. - spogląda na mnie, ale nie chce wypuścić mojej ręki.

-Przepraszam. Ale...

-Tak, wiem. Gdybym się zamknął, nic byś mi nie zrobiła. Ale ja muszę wiedzieć, o co Ci chodzi. Jesteś już na skraju załamania nerwowego. A co do tego, skąd wiem o Tobie i Adamie... - krzywi się wypowiadając jego imię. - Okno mojej sypialni wychodzi przecież tuż na ogród. A dokładniej na tą część z fontanną. A że ja lubię mieć świeże powietrze w nocy, to... siłą rzeczy coś usłyszałem. Zresztą gadałem z May'em. On się o ciebie cholernie martwi. Wszystko mi powiedział.

-A telefon do...

-Anthony, kochana, miałem Cię za osobę inteligentną, ale chyba gniew robi swoje. Przecież gadałaś z nim tuż koło łazienki. Ty byłaś na dworze - ja w budynku. I nic nie poradzę, że przez szybę dochodzą do mnie pewne urywki rozmowy.

Chwilę mierzymy się wzrokiem. Transgenderowiec ściska jeszcze moją rękę.

-Daj Ty sobie spokój z nim. On Cię zostawił, czy Ty tego nie dostrzegasz? Nie mam pojęcia co między Wami przed chwilą zaszło. Ale... on nie jest odpowiedni. Nie jest Ciebie warty.

-A co Ty możesz o tym wiedzieć? Przecież jesteś gejem. - czuję jak sztywnieje. Unosi moją dłoń do góry, na wysokość mojego nosa. Zaciska swoje palce na moich, tak, że tworzą one coś w rodzaju koszyczka.

-Nie jestem gejem. - mówi bardzo powoli. Jego głos drży. - Skąd taki pomysł?

-To po co Ci to durne przebranie, co? - bezlitośnie drążę temat.

-Nie jestem gejem.

-To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

-Nie zamierzam odpowiadać. - przybliża się do mnie na tyle, że aż przygniata mnie do ściany. Nasze czoła się stykają, ale zamiast jakiegoś podniecenia czuję tylko paraliżujący strach.

-Ja Cię kocham Anthony.

-Breckin, ja... - zupełnie nie wiem co odpowiedzieć. Mam mętlik w głowie. - Już nic nie rozumiem. - nie chcę go ranić, bo wiem co się wtedy dzieje w umyśle człowieka. Wczepiam się w jego biały, puchaty szlafrok i kładę mu głowę na piersi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że przebiera się za kobietę. Ja po prostu jestem teraz bezpieczna. Ale to nie jest zakochanie.

-Nie musisz nic rozumieć. Miłość nie jest racjonalna.

-A tak bym chciała, żeby była. - mówię cicho.


Oto nasz Breckin (tak, wiem Jared - ale lepszego transgenderowca znaleźć nie mogłam.).

Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze - miło wiedzieć, że ktoś to w ogóle czyta :) Po za tym muszę Wam się przyznać - jakoś polubiłam Breckina. Najpierw niebywale wkurzała mnie jego inteligencja, ironia, chłód... A teraz? Nawet chyba fajniejszy jest niż Anthony (ta to potrafi tylko narzekać, a ja ostatnio nie umiem zapanować nad jej humorami. Dosłownie.)

wtorek, 8 grudnia 2015

20

Ethan stoi zapatrzony w mojego ojca (chyba mogę go tak teraz nazywać? Nadal się z tym dziwnie czuję, ale cóż.) jak w obrazek. Jeżeli kogoś miałoby opisywać słowo ,,urzeczony", to właśnie tego chłopaka. Stoi z otwartymi ustami, jakby co najmniej Zeusa z Olimpu zobaczył.

-Hej... - przerywam mu ten moment zachwytu. - To Brian. Brian, a to jest Ethan. Pamiętasz, opowiadałam Ci historię o tym, jak uciekliśmy na Wasz koncert.

-Nie wierzę... Kurde, nie wierzę. Jakim cudem? - mój przyjaciel z dzieciństwa rzuca mi spojrzenie. - Powiedz mi jak. Proszę. To... to nie może być prawdziwy May. Nie ma takiej opcji.

-Przepraszam bardzo. Czy któreś z Was może mi wyjaśnić o co chodzi? - staruszek przygląda się nam badawczo. Nawet nie speszył go fakt, że właśnie pokazał się jakiemuś obcemu facetowi w swoim starym szlafroku w jakieś durne wzorki i szlaczki. Ja na jego miejscu zapadłabym się pod ziemię. Zwłaszcza, że owy nieznajomy uważa go za 7 cud świata. Na całe szczęście Brian jest taki jaki jest, czyli spokojnie podchodzi do wszystkiego, co stanie na jego drodze. Ostatni wybuch jego emocji był chyba wtedy, gdy zmarła Lucy... Chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zwracałam na niego uwagi. Moim jedynym priorytetem było wtedy dotknąć nadgarstka siostry, wyczuć puls i przekonać się, że jej śmierć to tylko zły sen.

-Tak więc... - zaczynam i natychmiast się reflektuję. Staruszek nie cierpi, gdy ktoś zaczyna zdanie od ,,więc"  - Wywaliłam się na ulicy, co pewnie zresztą widzisz. - wskazuję tu na moją twarz i koszulkę, które są całe we krwi. Krzywi się. - I przez przypadek akurat przechodził sobie pewien ratownik medyczny, który postanowił mi pomóc. Co ciekawe, okazało się, że my się już znamy.

-Ale czy to naprawdę Pan? - wpada mi w słowo Ethan. Jest tak podekscytowany, zachowuje się jak małe dziecko. Macha rękoma, nie może wytrzymać w miejscu. Gdyby nie to, że wokół May'a panuje jakaś taka aura powagi, to z pewnością rzuciłby się mu na szyję i wisiałby tak i kilka lat. Nie tylko dlatego, że gitarzysta jest jednym z jego największych idoli. Znam mentalność sieroty. Kogoś kto tak rozpaczliwie potrzebuje bliskości. Może on tego nie okazuje, ale z pewnością czuje tą pustkę.

-Tak, a przynajmniej wydaje mi się, że jestem sobą. Kim innym w sumie mógłbym być? - odpowiada tata (uznałam, że jak będę go tak częściej nazywać, to w końcu się przełamię i będę tak do niego mówić cały czas. Nie tylko tak od święta.). - A Ty co taka wesoła? Jak wychodziłaś na ten spacer, to byłaś prochem człowieka. Byłaś załamana. Teraz promieniejesz. Co się z Tobą dzieje? Naprawdę synu, nie rozumiem czasem kobiet. - zerka na Ethana.

Czuję ukłucie zazdrości. ,,Synu". Nie zgadzam się. Wiem, że jestem egoistyczna. Jestem okropna. Takie małe gesty czynią z dziecka bez rodziców kogoś szczęśliwego. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Zanim zaadoptował mnie Brian, umierałam z radości gdy ktoś zwrócił się do mnie ,,kochanie". Ale teraz chce zatrzymać to szczęście tylko dla siebie. To podłe z mojej strony, ale nic na to nie mogę poradzić. Chociaż gdy stoję koło Ethana czuję się jakoś bezpiecznie. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby z nami został... Coś do mnie nagle dociera.

-To może... wy porozmawiajcie przez chwilkę, a ja pójdę do kogoś zadzwonić. - patrzę znacząco na May'a. Chyba domyśla się o kim mówię. - To bardzo pilne. - zaznaczam.

-No dobrze, ale wracaj szybko. - zgadza się tata. Zdezorientowany próbuje dyskutować z oczarowanym nim chłopakiem, ale coś im nie idzie. Trudno, muszę zatelefonować. Nie wytrzymam bez tego minuty dłużej. Zresztą chyba już mogę. Wybieram numer. Znam go na pamięć. 730 291 852. Odchodzę na taką odległość, by mieć pewność, że nikt mnie nie słyszy. W słuchawce odzywa się męski głos.

-Halo... Anthony to Ty?

Czekałam całą wieczność. Cały tydzień. Chciałam tylko go usłyszeć. Adam. Boże, czy ja go nadal kocham? Teraz już mam wątpliwości. Czy to w ogóle można było nazwać miłością? Bo właśnie chcę mu oznajmić, że to koniec. Ale wydaje mi się, że robię słusznie. Mój długowłosy przyjaciel w jakiś sposób sprawia, że ta dziura spowodowana brakiem Lamberta zasklepia się troszkę.

-Cześć... To ja.

-Ale pamiętasz, że masz zadzwonić dopiero jak Ci przejdzie? - upewnia się. Gdy tu był wszystko było lepsze. Jego barwa głosu brzmiała inaczej. Teraz... to nie to samo.

-Tak, ja właśnie o tym...

-Czyli już? Tyle jest warte Twoje uczucie? Tydzień i trochę łez? Fajnie wiedzieć. Po za tym, kim jest wybraniec Twego serca? - przerywa mi.

Zamieram. Każdy fragment mojego ciała kamienieje. Boję się odezwać. Czy on ma rację? I czy ja mam rację, mówiąc mu to, że już nie jest dla mnie tym kimś, z kim chce się spędzić całe życie? Przecież mieliśmy być tylko przyjaciółmi. I teraz gdy chcę mu przekazać, że moja udręka się już skończyła, on tak reaguje...

-Myślałam... Myślałam, że nie chcesz mojego cierpienia Adam. Zresztą wybacz, jak można kochać kogoś, kto opuszcza Cię wtedy, gdy najbardziej potrzebujesz wsparcia? Czy to jest fair? Nie rozumiem Cię. Na co Ty liczysz, co? Nie. No nie. Za kogo Ty mnie uważasz?

-Sam już nie wiem kim dla mnie jesteś. - dociera do mnie jego chłodna odpowiedź.

-Jak w ogóle możesz tak mówić?

-Ja słyszysz - mogę.

-Chryste... A ja myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. Myliłam się chyba. - biorę głęboki oddech. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie. Nie. Nie.

-Mam dosyć. Wiesz co? Nie dzwoń do mnie. To nie ma już sensu. - już miałam go przeprosić. Już miałam prosić o wybaczenie. Ale on tego najwyraźniej nie pragnie tak samo jak ja.

-Pieprz się. - syczę. Telefon wypada mi z drżącej dłoni. Jego słowa bolą mnie bardziej niż wszystko, co do tej pory przeszłam. Łzy już płyną po moich policzkach. Znów. Przez niego. Mam ochotę rzucić się na ziemię i płakać, ale opanowuję się. Tam czekają na mnie Brian i Ethan. Muszę grać. Założyć maskę i udawać, że wszystko jest ok.


A oto Roger Taylor :))

Mam nadzieję, że spodobał Wam się już 20 rozdział mojego ff. Przede wszystkim chciałabym Wam serdecznie podziękować za tyle miłych komentarzy od Was - dodam jeszcze, że we wszystkie linki pozostawione przez Was staram się wejść i skomentować waszą twórczość. Gdyby była taka potrzeba zawsze możecie do mnie napisać maila :))

Dajcie mi znać, czy ten rozdział nie był dla Was zbyt chaotyczny czy coś :))

piątek, 4 grudnia 2015

19

-To Ty? - słyszę jego szept. - Ale... jakim cudem? Przecież...

-Ethan, ja naprawdę przepraszam, że Cię tak zostawiłam, bez pożegnania czy żadnych słów wyjaśnienia...

-Nie, nie. - unosi na mnie swoje wielkie, brązowe oczy. Nie umiem z nich odczytać czy jest smutny, rozczarowany czy może zdziwiony. - Nie... - parsa śmiechem. - Ty nie możesz być Anthony. Powiedzieli nam, że trafiła razem z siostrą do szpitala psychiatrycznego. Z powodu ich ciężkiej przeszłości.

-Ethan. - chwytam go za ramię. - Tak Wam powiedzieli w sierocińcu? W domu dziecka?

-Tak.

-Nie wiem czemu Was okłamali. Może po to, żeby nie było Wam przykro? Nie mam bladego pojęcia. Zresztą to nieistotne. Słuchaj, my zostałyśmy zaadoptowane. Przez... -waham się chwilę czy mu to powiedzieć. - Przez Brian'a May'a. - kończę. W tym momencie mężczyzna wybucha śmiechem. Z trudem łapie oddech. Podpiera się dłonią o słup, o który przed momentem się uderzyłam. Stoję oniemiała, bo co niby mam zrobić.

-Wybacz... - rzuca w końcu. Jego twarz jest czerwona, a po policzkach spływają mu łzy. Nadal jest nieźle ubawiony. Milczę. Przyglądam mu się chłodno. Ja wiem, że mu w to trudno uwierzyć. To zrozumiałe. Ale... on mnie zwyczajnie wyśmiał. - Próbujesz mi wmówić, że przygarnął Cię gitarzysta Queen? Serio?

-Mogę Ci to udowodnić. - czuję się jak malutkie dziecko muszące tłumaczyć się przed dorosłym.

-Nie, nie... Najpierw tez myślałem, że Anthony ktoś wziął. Teraz widzę, że albo rzeczywiście trafiłaś do psychiatryka i jeszcze Ci nie przeszło, albo mnie wkręcasz, albo też nie jesteś moją przyjaciółką.

-Zadaj mi jakiekolwiek pytanie! - proponuje z desperacją. Nie chce żeby teraz odszedł. - Zobaczysz, że ja jestem tą małą dziewczynką z którą uciekłeś na koncert.

-Niech ci będzie, ale to nie ma sensu... Jak mieli na imię Twoi rodzice?

-Christian i Maria.

-Wprawdzie odpowiedź jest poprawna, ale... Sam jestem zaskoczony. No dobrze, załóżmy że jesteś Anthony. Ale po jakiego diabła wmawiasz mi, że Twoim ojcem jest May? Myślisz, że się nabiorę? Daruj sobie, ja już dorosłem, ok?

-Nic Ci nie wmawiam... Zresztą chodź ze mną... To znaczy, masz jeszcze trochę czasu? - poprawiam się. Nie chcę żeby to zabrzmiało jak rozkaz.

-Ok, mogę iść. - wzrusza ramionami. - Nadal nie wierzę w Brian'a, ale... to naprawdę Ty?

-Tak! - krzyczę. - Aż tak trudno Ci to dostrzec?! Spędziłeś ze mną jakieś 5 lat i nadal nie umiesz mnie rozpoznać?!

-Uspokój się. - rozkłada dłonie w obronnym geście.Chyba go lekko przestraszyłam. - Doznałaś wypadku, może to jest powodem, że teraz tak gadasz...

-Chryste, naprawdę się taki stałeś odkąd Cię ostatni raz widziałam? - wzdycham. Idziemy milcząc. Chcę go zaprowadzić do domu i pokazać mu gitarzystę. Już jest niedaleko. Mam nadzieję, że teraz mu coś nie strzeli do głowy i nie zrezygnuje, uznając mnie za skończoną idiotkę.

-A jak tam Lucy? - zagaja. Pewnie znowu chce mnie sprawdzić.

-Nie żyje. - odpowiadam szybko.

-Jak to? - Ethan aż przystaje. - Co się stało?

-Ludzie mają tą specyficzną właściwość, że z czasem stają się przeterminowani. Jak jogurt. W sumie bardzo to ciekawe. Wyobraź sobie, że jesteś, dajmy na to serkiem waniliowym. Z czasem co raz mniej nadajesz się do spożycia. Tylko że w niektórych wypadkach opakowania produktów mają wady. Brak etykiety i takie tam. Lucy brakowało wieczka. I ta zawartość popsuła się trochę za szybko. Zleciały się muchy... - próbuję powstrzymać ten kretyński potok słów, ale nie mogę. Skąd w moim mózgu wzięły się takie ,,mądrości"?

-Ale... co się stało? - chłopak jest wyraźnie zdezorientowany. - Popełniła...?

-Nie. Morderstwo.

-Co?! - łapie mnie za łokcie.

-Morderstwo. - powtarzam spokojnie.

-Ale... Po co ktoś miałby zabijać Lucy?! Złapali go? W sensie tego, który to zrobił?

-Nie... Uznali, że to samobójstwo. To skomplikowane, nie chcę się w to teraz zagłębiać. To już tu, chodź. - ciągnę go za rękę. - Może dla odmiany powiedz mi co u Ciebie? O ile już mi wierzysz, że jestem Anthony, a nie jakąś przypadkowo spotkaną psychopatką.

-A ja... pracuję jako ratownik medyczny, co zresztą zdążyłaś już odkryć... - prowadzę chłopaka po kamiennej ścieżce rozciągającej się w ogrodzie. Mijamy fontannę, z którą zawsze będzie się wiązać tyle cudownych wspomnień.Dopiero teraz, rozmawiając z Ethanem, widzę jak dobrze rozumiałam się z Adamem.

-O już jesteś! - słyszę wołanie od strony domu. Na spotkanie wychodzi nam nie kto inny tylko Brian we własnej osobie. Jest w swoim ukochanym szlafroku w indyjskie wzory i pluszowych bamboszach. Namawiałam go, żeby je wyrzucił, ale on właśnie najbardziej je lubi. Czy ten człowiek się nie czesze?! Wygląda jakby nie dotykał grzebienia od tygodnia... Właściwie jest to całkiem możliwe. Ale cóż... May jest niereformowalny. Z zaciekawieniem spoglądam na reakcję mojego przyjaciela.


A oto i Ethan we własnej osobie :) Mam nadzieję, że podobał Wam się ten rozdział. Serdecznie zapraszam do komentowania, gdyż każde słowo od Was jest na wagę złota ♥

poniedziałek, 30 listopada 2015

18

Tydzień. Siedem dni. 168 godzin. 10080 minut. 604800 sekund. Za długo... Zdecydowanie za długo. Siedzę na przeciw telefonu i myślę. Jeszcze nie pora. Jeszcze jestem zakochana. Jeszcze...

-Idź się przejść na jakiś spacer... - Brian z litością na mnie spogląda. Unoszę brwi. Bo to pomoże, tak? Jedna przechadzka i moje całe życie zrobi się różowe jak jakieś posrane kucyki pony? Zapomnę?

-Nie chce mi się... - opieram głowę o ścianę. Dość. Przestań mnie dręczyć mózgu. Wyłącz się. Daj mi święty spokój. Odczep się. Idź precz. Zniknij. Niestety, on nie chce. Katuje mnie całą dobę. Nie ma się co oszukiwać - mam w swojej czaszce dziada, który tylko cieszy się z mojego nieszczęścia.

-Idź... Proszę, tylko 10 minut.

-Jezus, skoro tak Ci zależy. - leniwie unoszę się z kanapy przeczesując ręką włosy, które powinnam była ufarbować już dawno. Teraz widać już brązowe odrosty, które przy białym odcieniu nie wyglądają zachęcająco. Powoli wciągam buty. I wychodzę. Tak jak stałam - w pomiętym T-shircie May'a i spranych leginsach. Nie obchodzi mnie mój wygląd. Mam tysiące gorszych problemów, wierzcie mi. Słońce świeci, jakby nic się nigdy nie stało.  Nawet Korpoludki jakieś dzisiaj takie radosne. Zamykam oczy. Promienie delikatnie muskają moją twarz.

Krok za krokiem przemierzam rozgrzany chodnik. Zastanawiam się, co będzie dalej. Nagle czuję jak odpływają ze mnie wszelkie siły. Tracę świadomość. Kręci mi się w głowie. Migają mi domy, drzewa, samochody. Czemu wokoło mnie nagle zrobiło się ciemno? Chryste... Uderzam się o latarnię. Albo słup. Nie mam pojęcia. Kurde... Upadam. Moje dłonie zanurzają się w suchej trawie. Leżę.

-Przepraszam...

Ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. Tak jak kiedyś Adam. Coś spływa mi po brodzie. Ryczę? Nie... Przykładam to podbródka palce.  Krew. Super. Fajnie. Fantastycznie. Genialnie. Świetnie.

-Przepraszam... - powtarza nieśmiały głos. - Trzeba Pani jakoś pomóc?

Kto to? Jezus, zresztą nie istotne. Jego byt zajmuje mnie tyle, co nic. Usiłuję się podnieść. Tajemnicza, koścista ręka mi w tym pomaga. Obca ręka.


-Dziękuję... - mruczę pod nosem. Czerwona ciecz zdążyła mi już poplamić całą bluzkę. Nadal nie znalazłam jej źródła. Trudno. Stoi przede mną chłopak o długich kruczoczarnych włosach. Chyba tylko nieco starszy ode mnie. Typ takiego buntownika. Chyba przystojny. Nie mi jednak to oceniać. Już zamierzam się oddalić na chwiejnych nogach, gdy słyszę jeszcze:

-A... na pewno nie chcesz jakiejś chusteczki?

-Czyli już przeszliśmy na Ty? - odwracam się i przyglądam się mu chłodno. - Nie, dziękuję.

-Ale.. nie... chodzi o to, że może powinnaś to wytrzeć. - z lekką odrazą pokazuje spływający mi z szyi potok krwi. - I może by Ci to jakoś zatamować.

-Przeżyję. - prycham. Mam po dziurki w nosie tego faceta. Może i stara się być miły, ale nie... Nie chcę kontaktów z ludźmi z poza domu Brian'a. Po prostu chcę milczeć. I być sama.

-Nie wątpię. - po raz pierwszy od naszego spotkania się uśmiecha. - Ale daj mi coś z tym zrobić. Jestem ratownikiem medycznym i to trzeba opatrzyć.

Zauważam, że ma koszulkę z logo Queen. Zaciekawiona tym faktem daje mu przytknąć papierową chustkę do mojego czoła. Że on się nie brzydzi... Ale w sumie skoro ma taki zawód, to na co dzień ma takie przypadki.

-Lubisz ten zespół? - wskazuję palcem na jego T-shirt. Postanawiam jednak nawiązać rozmowę z tym gościem.

-Kocham. Serio, to jest legenda. Szkoda, że już nie grają. Nawet miałem takie zabawne wydarzenie związane z Freddie'm. Mogę Ci opowiedzieć.

-Opowiadaj.

-Może pominę niektóre szczegóły, nie chcę już do nich wracać. Poznałem kiedyś taka dziewczynę - nazywała się Anthony. - zamieram. Serce momentalnie przestaje mi bić. Czyżby... - Pewnego razu uciekłem z nią na ich koncert. Wprawdzie nie mieliśmy biletów, ale... Coś nie tak? - ze zdziwieniem mi się przygląda.

Jestem oniemiała. Ethan. Mój jedyny przyjaciel za czasów gdy byłam w sierocińcu. Ktoś kogo kochałam jak brata, a później go zostawiłam. Jezus... To on. Nie wierzę. On. Stoi przede mną ten piętnastolatek, z którym uciekałam z domu dziecka. On we własnej osobie.

-Nie, nic. - kłamię. - A co było po tym? - chcę wykorzystać to, że on nie wie. Może zdradzi, czy ma do mnie żal, o to, że zostałam zaadoptowana i olałam go. Jakby był dla mnie tylko powietrzem.

-Aaa... - chłopak odrywa dłoń z opatrunkiem od krwawiącego miejsca. - Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. No, chyba już z Tobą wszystko ok.

-Ethan. - szepcę.

-Co?! Czekaj, co ty powiedziałaś?!

-Ethan, to ja, Anthony.


Poznajecie kim jest ta osóbka? Blacky :) Albo Alex, jak kto woli. I ten rozdział jest jej zadedykowany właśnie jej ♥ Ona wie czemu :) (bo naprawdę istnieje, jakby ktoś nie pamiętał.: :))

czwartek, 26 listopada 2015

17

Czuję jak Brian zamiera. Dosłownie słyszę jak przestaje oddychać.

-Czy... czy coś się stało? - pytam zaniepokojona. Mój cały tusz do rzęs jest rozmazany na policzkach, oczy przekrwione, a włosy w nieładzie i mimo to, JA się pytam czy wszystko jest ok. Jakby u mnie było dobrze. Życie to jedna wielka paranoja.

-Nie... Po prostu po raz pierwszy nazwałaś mnie... swoim tatą. - mówi wzruszonym głosem. - Ja... dziękuję, że tu jesteś córciu.

Po mojej twarzy znów płyną strumienie łez. Ale tym razem są to łzy szczęścia. Czekałam na ten moment, od kiedy tylko poznałam May'a. Chciałam potwierdzenia, że ktoś na tym świecie jeszcze mnie kocha. A jednocześnie sama nie mogłam się na takie wyznanie zdobyć. Chyba przełamaliśmy ten ostatni mur, który nas dzielił. Zawsze wyczuwaliśmy jakąś rezerwę, ze względu a to, że zostałam zaadoptowana. Teraz jakby ona zniknęła. Nasze relacje przerodziły się w "ojciec - dziecko". Brakowało mi tego. Chryste, jak bardzo mi tego brakowało... Wtulam się w wiecznie poplątane loki gitarzysty. Płaczę.Odnajduję w sobie tą ośmiolatkę, pozbawioną matki dziewczynkę, z zapijaczonym rodzicem i złamanym sercem.

-Kochasz mnie? - szepczę. Ja muszę się upewnić Muszę. On tylko spogląda na mnie i już wiem.

-Anthony, zrozum, że nie jesteś sama. Masz przyjaciół. I proszę Cię, przestań się w końcu obwiniać o śmierć Lucy i tryliardy innych wydarzeń. Ja to widzę. Jak chodzisz wszędzie zgarbiona, przerażona. Czemu to robisz? Jeszcze przez pewien czas byłaś taka wesoła, to chyba była zasługa Adama. Tak, jestem mu niesamowicie wdzięczny, że sprawił, że choć przez chwile byłaś szczęśliwa. Jestem wściekły na siebie, że zaproponowałem mu wyjazd do Ameryki... Jak teraz na Ciebie patrzę... Nie bądź taka załamana.

-I tak by tam wrócił... - mruczę.

-Ale... może nie wydarzyłoby się to tak szybko? Podobno dowiedziałaś się dopiero wczoraj.

-Tak. - opieram się o ścianę, bo mam wrażenie, że zaraz upadnę. Kręci mi się w głowie. Szampan, informacja o tym, że Adam się wyprowadza, pocałunek... Każda z tych sytuacji powraca do mnie niczym bumerang. I zadaje ból.

-A między Wami... jest coś więcej niż... no...

-Nie. - urywam. Nie mam siły mówić więcej. Kucam i chowam twarz w dłoniach.

-Ale wy...

-Tak wiem, całowaliśmy się. - rzucam. - Ale on jest gejem.

-A już myślałem... - Bri przysiada koło mnie. - Przepraszam, że o to spytałem. Chyba Cię zraniłem.

-Nie przejmuj się i tak jestem na skraju załamania nerwowego.

-Ale czy Adam na pewno... W sensie on jest homoseksualny?

-Tak i Twoje plany zeswatania nas się nigdy nie spełnią. Chociaż w sumie teraz to nie byłby taki zły pomysł.

-Zakochałaś się? - pyta.

-Nie chcę teraz o tym rozmawiać, wybacz. To mnie przeciąża. Nie daję sobie z tym rady.

-Może zadzwonisz do...

-Nie. - ucinam. - Mówił, żebym nie komunikowała się z nim dopóki mi nie przejdzie.

-Czyli...

-Czyli jeszcze trochę będzie musiał poczekać na mój telefon. A teraz chyba się przejdę. Muszę ochłonąć. Dziękuję Ci Brian, kocham Cię naprawdę. - coś ściska mnie w gardle. Wychodzę. Na dworze świeci słońce, ptaki śpiewają, pszczoły bzyczą i pewnie miliardy innych zwierząt też coś robi. I mają świetny humor. Czemu los akurat mnie sobie wybrał do dręczenia i nękania?

Nagle potrącam coś stopą. Schylam się i spomiędzy źdźbeł trawy wygrzebuję korek od szampana. Tego, którego piliśmy razem z Lambertem. A więc to tu się podział... Obracam go delikatnie w dłoniach i chowam do kieszeni. Najcenniejszy przedmiot, jaki posiadam.

Mam nadzieję, że Wam się spodobał ten rozdział i przysięgam - następne będą już bardziej... dynamiczne?  To chyba dobre określenie ♥
Dzisiaj króciutko, bo i tak nie ma co więcej pisać, wszystko zostało zawarte w tym jednym, krótkim rozdziale. I jeszcze jedno - POPRZEDNI ROZDZIAŁ ZOSTAŁ ZMODYFIKOWANY, więc jeżeli go nie czytałeś/aś w nowej postaci - zapraszam ♥

wtorek, 24 listopada 2015

16 - poprawiony!

Rozglądam się po naszym salonie. Wokoło panuje cisza, nikogo nie ma. Czyli Adam nie chce ze mną rozmawiać, póki się w nim nie odkocham? Dobrze. Nie, wcale nie dobrze! Przecież... mi się on nie przestanie podobać. Moje myśli mnie zabijają. Chryste, mam już tego dość! Ręce mi drżą, nadal nie umiem opanować się po... próbie samobójczej? Czy to można tak nazwać? Przecież  w ostatnim momencie się powstrzymałam. Dopiero teraz dociera do mnie, co by się działo, gdybym to jednak zrobiła. Zaczynam się zastanawiać, kto tak naprawdę by się smucił po mojej śmierci. Brian? Chyba tak. Jeszcze Alex. Adamowi pewnie by ulżyło, że już nie musi się martwić o mój stan psychiczny. A po za tym? Breckin jak zwykle by to wszystko olał, Ed może wyraził by jakieś wyrazy współczucia.

-Hej, Anthony! - słyszę wołanie Lamberta. Po niecałej sekundzie opada on na fotel obok mnie i odgarnia z czoła przydługą grzywkę. - Tak się składa, że w naszym miejscu kompletnie zapomniałem Ci powiedzieć, kim tak naprawdę dla mnie jesteś.

-Taa... Nie wiem czy chcę to słyszeć. - mówię ponuro.

-Nie przejmuj się, tak źle nie jest. - rzuca beztrosko. - Nie, na serio muszę Ci podziękować.

-Mnie? - ze zdziwieniem unoszę brwi. - Za co znowu?

-Za to, że jesteś moją przyjaciółką. Zresztą, gdyby nie Ty, to bym nie był tu gdzie jestem.

-Naprawdę miło to słyszeć... tylko że to nieprawda. Sam zawdzięczasz sobie wszystkie swoje sukcesy. Ja nie mam w tym żadnego udziału. - mówię łagodnie.

-Ale bez Ciebie nadal byłbym tym grubym rudzielcem z zaniżoną samooceną. - uśmiecha się.

-No dobra, wygrałeś. - kapituluję. - Wiesz, że będzie mi tu Ciebie brakować?

-A sądzisz, że ja nie będę tęsknił? Przecież ja też mam jakieś emocje. - usiłuje żartować, mimo że na pewno też jest mu trudno. - Ale będę dzwonił. I pisał maile. Jakoś damy radę. Później będą trasy koncertowe Queen. Pojedziesz, nie? - bardziej stwierdza niż pyta. - Już dawno zauważyłem, że Brian nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez Ciebie. Niby taki ogarnięty, a jednak. On Cię kocha. Strasznie kocha. - zagląda mi głęboko w oczy. To spojrzenie przyprawia mnie o dreszcze. Szybko odwracam wzrok.

-Mam tego świadomość. Ja też go... - nagle zamieram. Twarz chłopaka znajduje się tak blisko mojej. Czy znowu...? Miętolę w dłoni skrawek podkoszulka. Czy on tego nie zauważa?! Po chwili przyciska usta do mojej szyi. Już mam go odepchnąć, ale coś mnie powstrzymuje. Delikatnie chwyta mnie za ramiona i przyciąga bliżej do siebie. Nie... Tak! Ja już zupełnie straciłam panowanie nad sobą. Czuję palce Lamberta przy swoim uchu. Czy to coś znaczy? Czy to nie skończy się tak jak przedtem? Przełamuję się i odwzajemniam pocałunek.

-A... ja ten no... bardzo przepraszam... - dochodzi nas zmieszany głos May'a. - Już... to przez przypadek... Pójdę lepiej... - czerwony jak burak wycofuje się z salonu. ON TO WIDZIAŁ. Nie, cholera, już gorzej być nie mogło! Z wściekłością podrywam się z kanapy.

-Czemu to zrobiłeś?! Przecież doskonale wiesz jak ja się później czuję... - syczę. Adam wstaje i podchodzi do mnie. Chce coś mi powiedzieć, ale nie daję mu dojść do słowa. - Znowu zapomniałeś na moment, że jesteś gejem, tak?! Omawialiśmy to, doskonale wiesz, że ja potem cierpię. - mam ochotę mu jeszcze wygarnąć jakie mam o tym zdanie, ale wybucham płaczem. Chłopak milcząc obejmuje mnie. - Zrozum, że ja nie jestem Twoją zabawką. - dodaje jeszcze. Łamię się. Na tysiąc malutkich cząsteczek. Powoli zmieniam się w taką górkę fragmentów człowieka. Nie jestem całością. Każda moja komórka stanowi teraz jakąś osobną istotę, nie mogę się pozbierać.

-Anthony... - Adam delikatnie gładzi mnie po plecach. - Nigdy bym tak nie pomyślał. To by była moja największa życiowa porażka.

Uwalniam się z jego objęć i idę do mojego pokoju. Chcę teraz być sama. On to znowu zrobił... Znowu. Jestem zagubiona. Nie mam pojęcia co dalej robić. To już jest ponad mnie. Problemy, których sobie nagromadziłam wlazły mi teraz na głowę i nie dają mi spokojnie żyć. Chryste, nadal czuję na ustach wargi Lamberta. Nie mogę tak dłużej... Może to i lepiej, że on wyjedzie? Zostawi mnie? Nie będę musiała bezsensownie być raniona. Nawet jego widok sprawia mi ból.

-Ja już muszę iść. - W otwartych drzwiach pojawia się czarnowłosy. W ręce trzyma walizkę ważącą chyba z 10 kilo.

-Pamiętaj, że ja nie chciałem Cię skrzywdzić. Proszę. I... Przepraszam. Nie dzwoń teraz, to nie jest dobry pomysł. Po prostu... zakochaj się w kimś innym. Kimś kto potrafi docenić, jakie znaczenie ma miłość. Do zobaczenia. - Czuję jakby ktoś mnie spoliczkował. Chyba to samo jest wymalowane na mojej twarzy.

Adam wychodzi. Nagle znika. Na 2, może więcej lat. Tak zwyczajnie, jakby przez całe życie nic inego nie robił. Opuszcza mnie. Biegnę do okna w holu. Dostrzegam jeszcze jak odjeżdża taksówka.

-Co się z Tobą dzieje Anthony? - zmartwiony Brian staje obok mnie. Łkając rzucam mu się na szyję szepcąc:

-Ja już mam tego wszystkiego dosyć, Tatusiu...


Chciałabym Was przeprosić, za to, że z tym rozdziałem były takie kłopoty. Niestety, przez brak weny napisałam coś zupełnie pozbawionego sensu. Mam nadzieję, że teraz Was nie zawiodę ♥

czwartek, 19 listopada 2015

15

-Adam... Czemu? - ledwo łapię oddech. - Za ile?

-Spokojnie, jeszcze trochę czasu jest.. - wyjaśnia. - Brian, moja walizka już jest gotowa. Przepraszam, musiało mi wylecieć to z głowy. Zupełnie zapomniałem, żeby Ci powiedzieć kiedy... To chyba przez te wczorajsze...

-Przez co? - May podejrzliwie się nam przygląda.

-Nie ważne. - Lambert uprzedza potok żalów, który właśnie miałam z siebie wylać. - Anthony za godzinę w naszym miejscu, ok? Musimy pogadać. - dodaje, po czym opuszcza łazienkę. Jestem czerwona jak burak. Dobrze, że tego nie zauważył...

-Nie rozumiem młodych ludzi... - Brian unosi brwi. - Ale cóż zrobić. - zostawia mnie samą. Nareszcie chwila dla siebie. Z małego koszyczka wyjmuję szczotkę i zaczynam rozczesywać moje skołtunione, białe kudły. Dlaczego je w ogóle pofarbowałam? Lucy, oczywiście... To ona mnie namówiła na ,,jakiś szalony kolor". I zdecydowałam się na ten.

Po doprowadzeniu się do stanu używalności, wkładam prostą, zwiewną sukienkę i trampki. Nie chcę się przesadnie stroić. Nie tym razem. Jeszcze Adam uzna, że to specjalnie dla niego.Lekki makijaż i nawet jakoś wyglądam. Jak na kogoś, kto właśnie został odrzucony, przez pierwszą osobę w jakiej się zakochał, to nawet nieźle jest. Chyba już powinnam wyjść. ,,Nasze miejsce" o które chodziło chłopakowi, to górka na którą kiedyś razem pobiegliśmy. Było to wtedy, gdy czarnowłosy był jeszcze nieco... gruby. Delikatnie mówiąc. I później dzwoniłam po taxi, bo temu nie chciało się samemu wracać. I ja musiałam za to płacić.

Wolnym krokiem wychodzę na asfaltową ulicę ciągnącą się przed naszym domem. Korpoludki dawno w pracy, więc nikt nie będzie mnie wytykał palcami. Po paru akcjach, które odstawiliśmy z Adamem, ludzie raczej nas tu nie lubią. Chociażby nasze nocne śpiewanie w ogrodzie. Co z tego, że nie fałszujemy? Podobno nasi sąsiedzi jak wracają wreszcie z pracy, to mają jeszcze mnóstwo roboty i to im przeszkadza. No cóż.

Zamyślona dochodzę do wzniesienia. Chłopak już tam czeka. Lekko unosi kąciki ust.

-Hej. - zaczynam zmieszana. - Wiesz... Chciałam Cię bardzo przeprosić, bo... - braknie mi słów.

-To nie jest Twoja wina. Tak naprawdę, to ja ponoszę konsekwencje. Ja Cię zraniłem, nie Ty mnie.

Zwieszam głowę. Nie chcę nic mówić, ale to prawda. Połamał mi serce.

-Może nawet lepiej, że dziś wyjadę. Nie mogę znieść świadomości, że coś takiego Ci zrobiłem. Nie, na to nie ma usprawiedliwienia.

-Chyba się za bardzo obwiniasz. - wymuszam uśmiech. Zbliżam się do urwiska, z którego tak cudownie widać miasto. Siadam na kamiennej krawędzi i pozwalam moim nogom swobodnie zwisać. Nagle dochodzę do wniosku, że jeżeli tak bym się odepchnęła i ,,przez przypadek" spadła, może na zawsze skończyłaby się ta moja mała męka zwana inaczej życiem. Robię krótki rachunek sumienia. Plusy: kiedyś będzie lepiej. Minusy: Albo gorzej. Czyli takie pół na pół. Ale przed oczami staje mi mama, Lucy, twarz Adama po naszym pocałunku. I już jestem zdecydowana. Drżę. Czyli tak się czują samobójcy. Wtem słyszę w głowie głos Brian'a: Nie chcę zostać sam.

-Anthony... - Lambert przyglądał mi się przez parę minut. - Co Ty próbujesz zrobić?

-Ja.. - próbuję szybko wymyślić jakąś sensowną odpowiedź. - Nic.

Czarnowłosy usadawia się koło mnie.

-Nie wiem co się dzieje wewnątrz Ciebie. - przyznaje. - Sądzę jednak, że to musi być coś strasznego. Powiem Ci tylko, że świetnie to ukrywasz. Ja bym się złamał od razu. Wprawdzie kocham aktorstwo, ale udawanie w realnym świecie jest o stokroć razy trudniejsze niż w tym wymyślonym.

Łza płynie mi po brodzie. Ocieram ją szybkim ruchem.

-Przepraszam Cię. Gdybym mógł cofnąć czas, za żadne skarby świata bym tego nie zrobił. Teraz dopiero widzę skutki.

-Przestań się winić! To naprawdę staje się wkurzające. Po prostu nie mówmy już o tym. Nie będzie Cię trochę, może mi przejdzie. To pewnie chwilowe, jestem dość kochliwa. - kłamię.

-Uff, ulżyło mi. Już się bałem, że będziesz taka smutna chodzić przez całe życie, jeszcze się potniesz czy wpadnie Ci do głowy popełnienie samobójstwa... - urywa. - Nie przyjdzie mam nadzieję?

-Nie, no co Ty... - śmieję się, ale doskonale zdaję sobie sprawę ile mnie to kosztuje. -Ty już byś tylko chciał, żeby dla Ciebie wszyscy się zabijali. Ależ się zarozumiały zrobiłeś. Aż takie wielkie ego? - wyszczerzam zęby, ale czuję, że w gardle mam wielką gulę.

-Żartujesz. To znaczy, że wszystko dobrze z Tobą. - mierzy mnie swoim błękitnym spojrzeniem. - Cieszę się, że dałaś sobie radę. Dzielna dziewczynka.

-Co? - ze zdziwieniem na niego spoglądam. Co to za nowe określenie?

-Nieistotne. Zadzwoń do mnie dopiero wtedy, gdy będziesz miała pewność, że Ci przeszło. Obiecaj, że tak zrobisz. Będę czekał, choćby to miałyby być 2 lata.


mam nadzieję, że Wam się spodobało ♥ I że nowy wygląd bloga przypadł Wam do gustu. Nie jest to może odbierające dech w piersiach, ale jak na moje zdolności chyba ok (ah, ja ten mistrz painta ☻)



środa, 18 listopada 2015

14

Budzi mnie dźwięk alarmu ustawionego w moim telefonie. Z rezygnacją opuszczam cieplutkie łóżko i wlokę się do łazienki. Opieram dłonie o zlew i z ociąganiem spoglądam w lustro. Dopiero teraz dochodzi do mnie, co tak naprawdę wczoraj się stało.

-Nie... - szepcę do siebie. - Proszę, niech to będzie tylko sen...

Ale moja blada twarz i rozmazany tusz mówią zupełni co innego. Musiałam płakać. A skoro płakałam, to znaczy, że coś mnie do tego sprowokowało. A tym czymś był pocałunek z Adamem. Taa, jaki Sherlock Holmes ze mnie. Dedukcja na najwyższym poziomie. Słyszę pukanie do drzwi.

-Zajęte! - krzyczę. Cały świat wali mi się przed oczami. Cegiełka po cegiełce.

Hej. - po głosie poznaję, że to Brian. Jak zwykle spokojny i opanowany. - Daj mi chociaż wziąć szczoteczkę do zębów, bo ją tu zostawiłem.

Pozwalam mu wejść. May sięga po swoje rzeczy i już jest gotowy do wyjścia, ale w tym momencie mierzy mnie wzrokiem. Zdumiony przystaje gwałtownie, a pasta wypada mu z ręki.

-Chryste.... Co Ci się stało?- pyta mnie. Najwyraźniej przypomina sobie o upuszczonym przedmiocie i ze stękiem schyla się aby go podnieść.

-Czekaj, pomogę Ci. - wyprzedzam go i zabieram tubkę z kafelkowanej podłogi. Szybko wręczam mu ją i usiłuję go wypchnąć, bo chcę teraz pobyć sama.

-Co się stało? - zatrzymuje mnie staruszek. - Czy to ze względu na wyjazd Adama?

-Można by powiedzieć, że tak. - wzdycham. - Ale nie chcę się w to teraz zagłębiać.

-Słuchaj, tego nie da się odwołać. Zresztą dla niego to jest wielka szansa. Ogarnij się trochę, ale prędko, bo nie zdążysz się z nim pożegnać. Nie powinien Cię widzieć w takim stanie.

-Co? - zdezorientowana chwytam go za ramię.

-Jak to co? Nie powinien i już. Wyglądasz tragicznie.

-Nie, nie to! Jak to prędko? Jeszcze dużo czasu, czekaj... za ile on wyjeżdża? Za miesiąc? Za dwa?

-Anthony, czy Tobie się coś nie pomyliło?

-A co mi miało się pomylić? Nie wiem, nikt mi nie mówił kiedy Adam wraca do Ameryki! - rzucam histerycznie. Tracę grunt pod stopami.

-Uspokój się, proszę... Nic Ci nie powiedział? Serio? To czemu płakałaś?

-Kiedy?! - nie mogę zapanować nad tym, co dzieje się w mojej głowie. Coś tylko mi w środku mówi ,,Byleby nie dzisiaj, nawet jutro, ale nie dzisiaj".

Nagle do łazienki wchodzi Lambert. Przez ramię ma przewieszony ręcznik, w dłoni trzyma jakiś żel pod prysznic.Zaskoczony spogląda na mnie i na Brian'a. No tak, z jego perspektywy to musi być co najmniej bardzo ciekawe widowisko. Stary facet w czerwonym szlafroku w indyjskie wzory próbuje uspokoić idiotkę, która go wczoraj pocałowała. I wiedziała, że jest gejem.

-Adam... Czemu jej nie powiedziałeś? - May patrzy na chłopaka.

-Ale o czym? Wszystko omawialiśmy...

-Kiedy wyjeżdżasz? - zwracam się do niego. Serce bije mi co raz to szybciej. Czuję jak się czerwienię. On nadal traktuje mnie z takim współczuciem. Biedna dziewczyna. Pewnie to o mnie myśli.

-No... dzisiaj.
 
A oto nasz cudowny fryzjer Scott :) Mam nadzieję, że Wam się spodobał ten rozdział, zapraszam do komentowania ♥

poniedziałek, 16 listopada 2015

13

Wokoło mnie jest ciemno. Małe lampeczki zawieszone tu przez Adama nic nie dają. Kręci mi się w głowie, nie mogę ufać moim rękom. Próbuję zaczerpnąć powietrza, ale przychodzi mi to z trudnością.

-Anthony... - słyszę zaniepokojonego Lamberta. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Nie, nie, nie! To się nie stało! A jednak...

-To był tylko pocałunek! Rozumiesz? Tylko! - te słowa są dla mnie niczym policzek. Nie muszę nic ukrywać. Chciałam, żeby to się stało. Z całego serca. Tak, jestem zakochana. I dla mnie to był najpiękniejszy moment w życiu. Dla niego - tylko pocałunek. Dobrze wiedzieć.

-Adam... - szepczę. Powoli odzyskuję świadomość. - Adam... przecież...

-Kurwa, ludzie na świcie cały czas się całują. I nic z tego nie wynika. To chwila zapomnienia. Koniec. To było, możemy to puścić w niepamięć. Bo zresztą co mogłoby być dalej? Ja jestem gejem. Geje nie chodzą z dziewczynami. To by było niedorzeczne! Po prostu nie mówmy już o tym. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

-Tak. Chyba tak. - odpowiadam. Tracę siły. Dla niego to nic. W ogóle najlepiej to głęboko zakopać. Bo on znajdzie sobie chłopaka i będzie szczęśliwy.Ja nie.

-Ale czemu to zrobiłeś? - udaje mi się jeszcze wydukać. Bezmyślnie podnoszę na niego wzrok. Jest zdenerwowany. Nie tak miała wyglądać ta noc.

-Czy naprawdę muszę drugi raz tłumaczyć? - wzdycha. Bezsilnie opada na poduszkę koło mnie. - Ja bardzo Cię lubię. Serio. Jestem Ci bardzo wdzięczny, wywróciłaś moje życie o 180 stopni - uśmiecha się. - Jesteś dla mnie jak siostra. Czasem mam wrażenie, że rozumiesz mnie lepiej od Neila (brat Adama) - opiera głowę na dłoni. - Kurde, Ty znasz wszystkie moje sekrety. Jeszcze w życiu się przed nikim tak nie otworzyłem. Ale nie przekraczajmy tej małej granicy. Proszę.

-Rozumiem. - przytakuję ze zwieszoną głową. - Rozumiem...

-Anthony... czy ty przypadkiem...? - chłopak spogląda na mnie przerażony.

Przechodzą mnie dreszcze. Czyżby się domyślił? Już wie, co do niego czuję? Zrezygnowana prostuję plecy, próbując zachować choćby resztkę godności. A przynajmniej pozory.

-Nie mów mi, że Ty.. - głos zamiera mu w gardle. - Jezu, co ja Ci zrobiłem...

Upokorzona. To jest idealne słowo, które mnie opisuję. Policzki mnie palą, nie mogę nawet spojrzeć mu w oczy. Co za wstyd! Co za piekielny wstyd..

-Byłaś we mnie zakochana? - pyta łagodnie.

-Adam, nie rozmawiajmy już o tym...

-Musimy. - delikatnie próbuje położyć dłoń na moim ramieniu. Cofam się jak oparzona. Nie chcę dotyku.

-Nie teraz. - warczę. Czarnowłosy ze smutkiem przygląda mi się. Nie mam pojęcia, czy się obwinia.

-Niech będzie. Może już się położysz, jest późno?  - proponuje.

-Dobry pomysł, chyba tak zrobię. - rzucam chłodno. Wstaję, starając się utrzymać równowagę. W głowie mi się kręci, za dużo emocji jak na jeden dzień. Nie jest to takie łatwe. Lekko się chwiejąc zaczynam iść w kierunku domu.

-Poczekaj! - woła za mną Adam.

Nie zwalniam kroku. Chłopak dogania mnie, po czym w milczeniu odprowadza mnie pod moje okno.

-Hej... Nie gniewasz się na mnie, prawda? - pyta zanim wejdę do pokoju.

-Nie Adam. Nie jestem zła.

-W takim razie dobranoc. - podchodzi bliżej aby mnie przytulić. Pozwalam mu na to. Jestem tak wyczerpana, że w tym momencie zgodziłabym się dosłownie na wszystko. - Przepraszam.

-Ja też przepraszam... - dodaję tylko. Po chwili jestem już pod kołdrą. Otulam się nią tak, aby odgrodzić się choćby na sekundę od świata. Płaczę. Zepsułam to nad czym Lambert tak długo pracował. Zepsułam tą rocznicę. Jedna łza - Adam. Druga - Lucy. Trzecia - mama. Czwarta - tata. Piąta - Brian. Szósta.... ja sama.



Zapraszam wszystkich do komentowania, Wasza opinia jest dla mnie baardzo ważna ♥

sobota, 14 listopada 2015

12

-Generalnie to był pomysł Brian'a. - mówi chłopak.

-Jak to? On na coś takiego wpadł?! - mój głos łamie się przy każdym słowie.

-Zaraz Ci wszystko wytłumaczę. - bezbronnie unosi ręce do góry. - Uznaliśmy, że ludzie nie kupią tego, że nagle przyszedł sobie jakiś gościu, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak i chce śpiewać sobie razem z Queen. Muszę najpierw zyskać trochę rozgłosu... jakby to ująć... jako Adam Lambert, solowy wokalista. Świat musi mnie poznać.

-I co w związku z tym? Co planujesz? Po co musisz wyjeżdżać? - rozpaczliwie próbuję wydusić z niego coś więcej. Tak, teraz już wiem. Jestem w nim zakochana. To oczywiste. Dlaczego ja nie zauważyłam tego przedtem? Kiedy ,,przekroczyłam" tą granicę między przyjaźnią a miłością? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ale może lepiej będzie, gdy on wyjedzie? Może to tylko chwilowe?

-Sądzę, że wezmę udział w jakimś talent show w telewizji. Zaproponował mi to May. To nawet niezły pomysł.

-Ale gdzie zamierzasz wyjechać?!

-Myślałem o Ameryce.

Co?! To... to jest inny kontynent! Jak on zamierza...?

-Ameryce?! - udaje mi się wykrztusić.

-No..tak. Tęsknię już trochę za rodziną i wczoraj nawet mama dzwoniła, żeby się zapytać o mój powrót. - zauważyłam, że zmiękł mu głos gdy mówił o matce. Między nimi musi być wielkie uczucie. - Pobędę tam, nie wiem 2 lata...

-2 lata? - powtarzam bezwiednie. Tego się nie spodziewałam. 5 miesięcy wydawało mi się maksymalnym okresem czasu, ale teraz...

-Będę dzwonił. - obiecuje. Dla niego to chyba też nie jest łatwa sytuacja. - I pisał maile. I mamy też kontakt na facebooku. A do tego, może uda mi się do Was przyjechać? - dopiero teraz dostrzegam smutek w jego oczach.

-Pamiętaj, że obiecałeś mi kiedyś Wigilię w Polsce. - uśmiecham się, żeby dodać mu otuchy. Zrozumiałam, że on ma gorzej ode mnie. Jest rozdarty między nami, swoją rodziną i karierą.

-A no przecież! - klepie się rozwartą dłonią w czoło. - Ty jesteś połowicznie Polką? Jakoś nigdy mi o tym nie opowiadałaś. Ani o swoich biologicznych rodzicach. To chyba dobry moment.

-Dobry. - przytakuję. Siedzimy naprzeciw siebie, nasze twarze dzieli jakieś 30 cm.  - Co chcesz wiedzieć?

-Kim oni byli? Jacy byli? Opowiedz mi cokolwiek.

-Mój ojciec był Anglikiem, a matka pochodziła z Polski, co zresztą już Ci mówiłam. Nazywali się Christian i Maria... Byli szczęśliwi. Wydaje mi się, że póki mama żyła było świetnie. Kiedyś rodzice czytali mnie i Lucy bajki z podziałem na role. On był wilkiem, ona Czerwonym Kapturkiem. Potem wszystko się zmieniło. Moja mamusia zmarła. Nie powiedzieli mi na co, ale chyba na raka. Pochowali ją, zgodnie z jej życzeniem w Polsce. Nigdy nie widziałam jej grobu. - robię przerwę, aby zaczerpnąć powietrza. - Życie jest cholernie niesprawiedliwe! - wybucham, a łzy ciekną po moich policzkach. - Jakim prawem osoba mająca zaledwie 33 lata musi odejść?! To... tak... - łkając opuszczam głowę w dół. Nie dam rady dalej mówić.

-Anthony... - słyszę szept Lamberta. Po chwili czuję jego dłoń na swoim policzku. - Przepraszam, nie powinienem był Cię o to pytać. Brian uprzedzał mnie, że to smutna historia.

-Nie... to.. to.. nie Twoja wina. - powoli się uspokajam. - Tak właściwie... to gdyby nie to, nie znałabym Ciebie, Adam. Ani May'a. Reszta jest już bardzo prosta. Mój ojciec nie wytrzymał tego psychicznie. Stał się tyranem, alkoholikiem, możliwe, że narkomanem. Nie było go całymi nocami, a gdy już wracał, potrafił uderzyć mnie lub Lucy za to, że nie przygotowałyśmy mu obiadu. Później trafiłyśmy do domu dziecka. Nie mam pojęcia, czy odebrano mu prawa rodzicielskie, czy była to jego decyzja. Nie chcę tego wiedzieć. - unoszę na niego załzawione oczy. Patrzymy na siebie, czuję, że on mnie rozumie. Tyle razy opowiadałam tą historię i zawsze otrzymywałam sztuczne wyrazy współczucia... czarnowłosy jest autentyczny.

W tym momencie on przybliża swoją głowę do mojej, tak że prawie stykamy się czołami. Czuję jak serce szybciej mi bije, coś sprawiło, że nie jestem w stanie choćby mrugnąć. Jego palce znajdują się na moim podbródku. W spojrzeniu Adama jest coś, czego jeszcze nigdy nie widziałam. Chciałabym coś zrobić, ale nie mogę. Zesztywniała czekam na kolejny krok chłopaka.

Adam delikatnie muska wargami moje usta. Trwamy tak zaledwie kilka sekund. Nagle Lambert odskakuje ode mnie. Z przerażeniem spogląda w moim kierunku.

Oto Freddie Mercury.
 Jak sądzicie, co będzie dalej? ♥

czwartek, 12 listopada 2015

11

Kochani!
Dzisiaj robimy malutki skok w czasie ♥ Zapraszam do czytania.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po upływie 3 lat...

Leżę na moim łóżku niespokojnie przebierając palcami. W gardle mam wielką gulę, czuję się bardzo podekscytowana. Kurczę, on powinien już przyjść. Unoszę telefon i w tym momencie oślepia mnie blask ekranu. 00:23. Cały dom śpi. Spóźnia się... już 25 minut. Adam, szybciej! W tym momencie słyszę pukanie. Zrywam się natychmiast. Ponieważ wokoło panują egipskie ciemności, stawiam stopy bardzo powoli, aby na nic nie wpaść. Nie było to stukanie do drzwi, więc ktoś musiał podejść do szyby, od zewnątrz. Wreszcie dopadam okna i otwieram je na oścież. Jest dzisiaj ciepła, lipcowa noc. Rozgwieżdżone niebo ponad głową... Piękna noc.

-Anthony! - słyszę radosny szept Lamberta. - Trochę długo mi zeszło, ale zobaczysz - było warto! Jesteś już gotowa? 

-Tak, tak... Wezmę tylko buty i możemy iść. - stopą próbuje odnaleźć moje japonki, które powinny leżeć przy łóżku.

-Czekaj, poświecę Ci. - mówi, po czym jasny, latarkowe światło wypełnia moją sypialnię. Okazuje się, że klapki leżą tuż za mną. Szybko je zakładam. 

-Dobra, chodźmy już. - siadam na parapecie. - Ale będziesz mi musiał pomóc wyjść, bo sama nie dam rady.

-Niby jak? - pyta ze zdziwieniem.- Nie umiesz? - docieka.

-Człowieku, podaj mi rękę po prostu, żebym się nie zabiła skacząc z okna. - śmieję się.

Adam przekłada latarkę do jednej dłoni, a drugą wyciąga w moją stronę. Chwytam się jej i już po chwili stoję na mokrej od rosy trawie w ogrodzie Brian'a. W takich momentach doceniam to, że mój pokój znajduje się na parterze. Pamiętam jak zawsze z Lucy wałczyłyśmy o to, kto będzie mieszkał na górze. I jako starsza, zawsze ona dostawała to co chciała. 

-To jaki mamy plan? - próbuje dotrzymać kroku czarnowłosemu. 

-Zaraz się dowiesz. - odpowiada zadowolonym głosem chłopak. No tak, przez te trzy lata poznałam go na tyle, żeby móc się tego spodziewać - Lambert kocha wszelkie tajemnice. A na to sama musisz wpaść, a to sama odkryć, a jeszcze najlepiej to spróbuj rozszyfrować co ja myślę, bo sam Ci na pewno nie powiem. Bywa to wkurzające, oj bywa. Ale się do niego bardzo przywiązałam i chyba mogę nawet powiedzieć, że jest moim najlepszym przyjacielem. 

-Hej, lubisz mnie? - wyrywa mi się.

-Nie zadawaj mi takich pytań. Przecież znasz na nie odpowiedź. - rzuca.
 
Kroczymy przez moment w milczeniu, wpatrując się w trawę pod naszymi stopami. Nocą wszystko wygląda inaczej. Żarówka jednak nie zastąpi słońca. Spoglądam na niego. Akurat pada na niego trochę światła. Bardzo się zmienił. Przede wszystkim schudł. Nie wiem ile dokładnie, ale wygląda jak inna osoba. Włosy ciągle farbuje na czarno i chyba tak już pozostanie. Jest mu z tym dobrze, nawet hennę brwi zaczął sobie robić. Paznokcie - w kolorze jego przydługiej grzywki. Na całe szczęście zakończył ten idiotyczny spór z Brianem. Nigdy tego nie zapomnę... I pomyśleć, że May chciał nas zeswatać! Chociaż teraz... Teraz mogę powiedzieć, że Lambert mi się podoba. Nie jest typowym przystojniaczkiem z gazet, ale coś w nim jest. Coś przyciągającego. Nawet pasowalibyśmy do siebie. Mamy podobne poczucie humoru, świetnie się dogadujemy. I on jest  taki... troskliwy.

Nagle dociera do mnie, co się dzieje w mojej głowie. Nie! Nie, nie i nie! Nie mogę zakochać się w geju. Do tego moim przyjacielu. Nie ma takiej opcji! W ogóle... co ja sobie wyobrażam?! 

-Tutaj, musimy iść tą ścieżką. - zwraca się do mnie Adam i delikatnie chwyta mnie za rękę. 

Dlaczego ten człowiek nie rozumie, jak to na mnie działa?! I czemu ja dopiero teraz się w tym wszystkim połapałam? Czy ja naprawdę..? Czy on mi się..? Chyba tak. Cała drżę. Czuję, że coś we mnie pęka. Uspokój się Anthony! Usiłuję dyskutować z samą sobą. Jednak moje serce nie słucha i bije coraz szybciej. On jest gejem! I ja doskonale o tym wiem. 

-Mam dla Ciebie wiadomość. - mówi do mnie Lambert. - Nie wiem czy się ucieszysz. Ale już prawie jesteśmy. Tak po za tym, to ten ogród Brian'a jest przeogromny! Można się zgubić!

Stajemy razem przed starą fontanną. Tak, właśnie tą do której kiedyś prawie nie wpadłam, gdy Adam chciał mnie pocieszyć. Wszystko wygląda jak z bajki. Adam owiązał kamienny posąg aniołka malutkimi lampkami, tak że teraz może spokojnie zgasić latarkę a i tak będzie panował przyjemny półmrok. Na brzegu marmurowej budowli poukładane są poduszki. 

-Tam tam tam tam! - chłopak udając fanfary wyciąga zza pleców butelkę szampana. 
 
-Boże... - na sekundę zapominam o problemach dotyczących mnie, gejostwa i czarnowłosego. - Jesteś czarodziejem... Czy dzisiaj jest...

-Tak, ten dzień. Trzecia rocznica naszego spotkania. - potwierdza Adam z uśmiechem.

-Czyli pamiętałeś. - przytulam się do niego. -A wziąłeś kieliszki? Bo chyba zamierzamy to pić. - wskazuję na alkohol. 

-Aaa... wiedziałem, że o czymś zapomniałem! Poczekaj, zaraz wrócę...

-Nie przesadzaj! Będziemy pić z gwinta, no chyba że się brzydzisz. - śmieję się.

-Skoro tak chcesz. - wyszczerza zęby chłopak. - Jak już mówiłem, mam Ci parę rzeczy do przekazania. Chcesz je usłyszeć?

-Pewnie, pewnie. Ale najpierw otwórzmy szampana. Trzeba jakoś uczcić tą chwilę.

Słyszę huk i kątem oka dostrzegam tylko korek lecący gdzieś ponad naszymi głowami. Lambert podaje mi butelkę. Gdy kończymy picie, jego twarz przybiera poważniejszy wyraz.

-Może... może teraz w reszcie Ci powiem. Przepraszam ,że dowiadujesz się o tym ostatnia, ale... -odwraca wzrok. O co chodzi? 

-Hej. - kładę dłoń na jego kolanie. - Spokojnie. To nie jest dobra wiadomość, tak?

-Zależy jak na to patrzeć. Ciężko mi o tym mówić. Z jednej strony bardzo się cieszę, z drugiej - czuję się z lekka podłamany.

-Ale... powiedz mi co się stało. - zaniepokojona rozważam najczarniejsze scenariusze.

-Muszę Was opuścić.


Jak myślicie, czemu Adam musi odejść? Zapraszam serdecznie do komentowania ♥

wtorek, 10 listopada 2015

10

-Wstawaj! - ściągam z Adama kołdrę. Godzina 8.00, najwyższa pora wstać. - Wiem, że jesteś leniem, ja też, ale jeżeli chcesz cokolwiek osiągnąć musisz dać coś od siebie.

-Anthony, nie... - jęczy chłopak. - Miałem taki cudowny sen... Ktoś chciał wydać moją płytę, więc musiałem iść do studia nagraniowego. A tam wszystko było zrobione z czekolady. - na widok rozmarzonej miny Lamberta zaczynam się śmiać. - A że ja lubię czekoladę, zjadłem wszystko.

-Muszę Cię zmartwić, słodycze to przeszłość. Od dziś mam dla Ciebie trochę wysiłku. - sprowadzam go na ziemię.

-Czegóż się nie robi dla sylwetki... - podnosi się z łóżka. - Mam pomysł, może przełóżmy bieganie na wieczór, żebym mógł się troszkę rozkręcić. Nie dam rady teraz. Zresztą zaraz będzie upał. Dostanę jeszcze jakiegoś udaru.

-Dobra, dobra leniwcu. Możemy iść koło 18. Ale nie myśl, że Ci odpuszczę. - wychodzę z jego pokoju. Słyszę tylko jak czarnowłosy opada na łóżko. Niech będzie, dam mu jeszcze chwilkę pospać.


Kwadrans przed naszym treningiem przebieram się w strój sportowy składający się z czarnych legginsów i białego, krótkiego topu. Zawiązuje sznurowadła od butów i opieram się o ścianę. Spoglądam na zegar. 17:55. Przypomina mi się, że mam przygotowane bidony z wodą. Szybko po nie idę. Czekanie na Lamberta staje się nużące. Zaczynam się delikatnie rozgrzewać. Nagle wypada on z łazienki w połyskującym dresie w zielonym kolorze. Na czole ma opaskę, taką jak do gry w tenisa. Prezentuje się dosyć... komicznie. Zachowuję jednak powagę, nie chcę go urazić.

-Gotowy? - pytam.

-Niestety tak. - mruczy pod nosem. - Masz zaplanowaną trasę?

-Co do centymetra. - wyszczerzam zęby. - Myślałam o takim jednym miejscu w pobliżu. Dobre jak na pierwsze biegi.

-Daleko?

-Tak średnio. Nie marudź już, będzie fajnie.

-Tak będzie cudownie. Ludzie na ulicy będą mogli pooglądać sobie grubasa z dziwnym wdzianku, który heroicznie chce być taki jak oni. Ależ będzie genialnie, nie mogę się doczekać. - rzuca ironicznie.

-Adam, nie przesadzaj. Najwyższa pora na zmianę. Musisz mieć tych ludzi w dupie, zresztą co oni Ci zrobią? Chcesz spełnić swoje marzenie, więc zacznij coś do diabła robić!

Lambert chwilę mi się przygląda. Pewnie myślał, że będę go pocieszać.

-Masz rację Anthony. Chodźmy. - mówi w końcu.


Powietrze jest już chłodne, ale idealne do ćwiczeń. Robimy krótką rozgrzewkę, po czym zaczynamy truchtać w kierunku wybranym przeze mnie. Nawet dobrze sobie radzi. Szczerze -  myślałam, że będziemy musieli wracać po jakiś 50m, a tu proszę. Wprawdzie strasznie się wlecze, ale jednak. Muszę zwolnić tempa, żebyśmy mogli sobie pogadać.

-I jak? Nie aż tak źle, nie?

-Jest... - chłopak musi zaczerpnąć powietrze. - Jest..naprawdę... ok.

Skręcamy w poboczną drużkę, która lekko się wznosi. Jest nieco wyboista, więc nasz bieg zamienia się w marsz, ale nie przeszkadza nam to. Ja jestem usatysfakcjonowana, czarnowłosy chyba też. Docieramy wreszcie na coś w rodzaju polanki, położonej ponad miastem. Jest z niej świetny widok na wszystkie budowle.

-Czy to nie dom Brian'a? - Adam z zaciekawieniem wskazuje na willę w oddali.

-Tak. - potwierdzam. - Ładne miejsce, nie?

-Genialne. Nie sądziłem, że są jeszcze takie.

-Jak widzisz jakieś się ostały. - uśmiecham się. - Chodź, usiądziemy. - mówię po czym usadawiam się na brzegu przepaści. Nigdy nie bałam się, że stąd spadnę, ale Lambert jest chyba trochę niepewny.

-Tam, na krańcu? A nie lepiej tu? - klepie dłonią dużą skałę.

-Nie. Jest strasznie niewygodny. Masz lęk wysokości? - upewniam się.

-Nie... chyba.

-To dawaj. - wyciągam rękę. - Nie musisz tak zupełnie na skraju. Ale obok mnie.

-Niech Ci będzie. - daje za wygraną i podaje mi dłoń. Za moment stykamy się ramionami. Obserwujemy zachód słońca. Pomarańczowe niebo robi się co raz to się ciemniejsze i ciemniejsze.

-Piękne. - wzdycham.

-Wiesz, muszę zadać Ci pewne pytanie. - Adam obraca się w moim kierunku.

-Tak?

-Czemu Ty właściwie się ze mną zadajesz?

-No bo.. jesteśmy przyjaciółmi? - chyba nie zbyt go zrozumiałam.

-Nie o to chodzi. Zazwyczaj ludzie się ze mnie nabijają, a dziewczyny Twojego typu raczej nie zwracają na mnie uwagi.

-Mojego typu? - unoszę brwi.

-No tak. Jak by to nazwać... Królowe Balów w liceach? Cheerleaderki?

-Dobra, rozumiem. Nie zaliczam się do tej kategorii. Nigdy nie latałam z pomponami.

-Ale nie byłaś królową balu? - zdziwienie na jego twarzy jest przeogromne.

-Nie, nie byłam. Lucy nią została.- informuję go.

-Hmm... To dziwne.

-Czemu?

-Bo myślałem, że to Ty byłaś najlepszą laską w szkole.

Wybucham śmiechem. Ten człowiek zawsze mnie rozwesela.

-Na jakiej podstawie? - nie dam mu spokoju.

-No na wyglądu, rzecz jasna.

 -Miło wiedzieć. - mówię. - Nie byłam, jak to określiłeś ,,najlepszą laską w szkole". Ten tytuł należał do mojej siostry.

-Ja to byłem taką ofiarą... Raczej nie miałem przyjaciół i teraz nagle taka odmiana... - zaczyna chłopak. - Ale, ale! Czy my nie musimy już przypadkiem wracać?

- A wiesz, że musimy. Idziemy. - wstaję i podaję dłoń Adamowi, żeby mógł się podnieść.

-Jest taki problem. Totalnie nie mam siły. Możemy zadzwonić po taxi?

-Chryste, człowieku! Dobijasz mnie! - chichocząc wyciągam komórkę, żeby zatelefonować.



Tutaj Adam ♥

poniedziałek, 9 listopada 2015

9

3 dni później...

Słyszę pukanie do drzwi. No tak - dzisiaj ma przyjść Joan! Mimo, że właśnie zajmuję się gotowaniem, rzucam wszystko i pędzę żeby jej otworzyć. Przede mną stoi drobniutka blondynka z mnóstwem piegów. No tak - Ed kocha taki typ. Uśmiecha się do mnie i niepewnie rozgląda się po domu, do którego przed momentem ją zaprosiłam.

-Joan, tak? - pytam żeby jakoś przerwać to milczenie.

-Niee...- mówi patrząc na mnie jak na wariatkę. - Catherine Seyfield, konsultantka marki kosmetycznej  ,,Angels". Czy mogłabym zająć dosłownie minutkę? Chciałabym omówić nasz nowy produkt z linii ,,For your beuty".

Moja mina musi być chyba bardzo głupia, ponieważ dziewczyna wybucha śmiechem i prostuje.

-Żartowałam. Tak, tak jestem dziewczyną Ed'a. Paskudne zajęcie, ale ktoś to musi robić. - rzuca z rozbawieniem. Po chwili dodaje szeptem. - Czy to prawda, że Sheeran ma w pokoju górę brudnej bielizny? Taka jedna mi to napisała na fecebooku, jakaś Heather Loan, czy coś takiego...

-Wiesz... - chrząkam. - Nasz rudzielec ma różne rzeczy w pokoju. - odpowiadam wymijająco, ponieważ nie chcę wkopać muzyka.

-Rozumiem. - mruga do mnie. - Słyszałam, że macie jakiegoś nowego lokatora? A tak po za tym, Ty musisz być Anthony, prawda?

-A, rzeczywiście. - zdaję sobie sprawę, że zapomniałam się przedstawić. - Mówisz o Adamie? - domyślam się. - Jest u nas od niedawna. A czemu nie zadzwoniłaś dzwonkiem do furtki, tylko pukałaś?

-Chyba Wam się popsuł, bo próbowałam.

-Myślałam że Breckin już to naprawił. Jemu dać jakąś pracę, to będzie się grzebał przez tydzień. - w tym momencie nasza konwersacja kończy się, bo oto wbiega do korytarza Sheeran w całej swojej okazałości, w pogniecionym garniturze, z przekrzywioną muchą i w starych trampkach.

-Hej. - podchodzi do blondynki i całuje ją w policzek. - Może pójdziemy już, zapoznam Cię z resztą. Naszą białowłosą już zdążyłaś spotkać, jak widzę.

Ed prowadzi Joan do salonu, gdzie czeka cała reszta. Dziewczyna po kolei podaje rękę każdemu, po czym zaczyna się krótka rozmowa. Nagle do salonu wchodzi Lambert. Nie zauważyłam nawet, że go nie ma. Najlepsze jest jednak to, jak on wygląda. Jego ubranie jest dość... rzucające się w oczy. Ma na sobie coś w rodzaju rurek w smolistym kolorze, co byłoby ok, gdyby nie ćwieki nierównomiernie wystające z okolic ud. Coś mi się wydaje, że Adam sam je zrobił. Na błękitnej bluzce ma brokatowy napis ,,Glam" (kurczę, czy to przypadkiem nie jest moja za duża koszulka do spania?!) a paznokcie w czarnym kolorze są dość... ekstrawaganckie. Jego nowa fryzura ma teraz z 7 cm wysokości. Serio. Oczy całe pomalował eyelinerem, tak że powstało mu coś w rodzaju smoky.

-A... A to jest właśnie nasz nowy współlokator... - Ed'owi najwyraźniej brakuje słów.

Spoglądam na Briana. Siedzi z rozwartymi ustami, jest w szoku. Lambert podchodzi do piegowatej dziewczyny, wita się z nią, po czym zajmuje miejsce obok mnie.

-Nie myśl, że nie zauważyłam, że podkradłeś mi bluzkę. - szepcę.

-Nie tylko t-shirt padł moją ofiarą. Znalazłem jeszcze trochę tych dżetów i lakieru do włosów.

-Jezu, ale z Ciebie szarańcza.- dotykam czupryny chłopaka. - Ile Ty tego nakładłeś? To jest tak sztywne, że utrzymałbyś na tym 3 kg mąki.

-Bez przesady. - śmieje się. - Co o niej sądzisz?

-Masz na myśli Joan?

-Chyba tak, dziewczynę Ed'a w każdym razie.

-Wydaje się sympatyczna. - mówię. - Mało ją znam.

-Ale nie chodzi o charakter, tylko o wygląd. Czy ona jest ładna?

-A nie możesz sam ocenić, tylko mną się wysługujesz? - pytam rozbawiona.

-Ale ja nie mogę. No wiesz...

-Tak, doskonale wiem, że Tobie tak naprawdę skrycie podoba się Ed. - rzucam i zaczynam chichotać, bo na samo wyobrażenie tej pary dostaję ataku głupawki.

-Co?! Wcale nie. - zaprzecza Adam ale widzę, że trudno jest mu utrzymać poważny wyraz twarzy.

-Tak, tak! On będzie Ci grał wieczorami na gitarze, a Ty będziesz mu malował paznokcie... - snuję wyobrażenia o związku tej dwójki.

-Nie no, teraz przesadziłaś. - chłopak ze śmiechem rzuca we mnie poduchą. Dostaję w twarz, a ponieważ moja godność nie może sobie pozwolić na pozostawienie winowajcy bez kary, szybko chwytam małego jaśka do spania i ciskam nim w Lamberta. Śmiejemy się już na cały głos i nagle dochodzi do mnie fakt, iż nie jesteśmy sami w tym pokoju. Wszystkie oczy zwrócone są w naszym kierunku. W tej sekundzie Joan robi rzecz, której w życiu bym się po niej nie spodziewała. Bierze rzecz, którą oberwałam centralnie w czoło, unosi ją, po czym trafia swojego chłopaka w głowę.

-Bitwa na poduszki! - woła i mruga do mnie porozumiewawczo.






To jest tak słodziutkie zdjęcie, że nie mogłam się wręcz powstrzymać przed wstawieniem go tu. Mam nadzieję, że podobało się Wam i zapraszam do komentowania <3

piątek, 6 listopada 2015

8

-Co Ty sobie zrobiłeś? - pyta zszokowany Brian po naszym powrocie do domu. - Na Boga chłopie...  No ja rozumiem, żeby no Anthony, bo ona jest... no nieważne...  - przerywa widząc mój morderczy wzrok. - Ale TY?! Po co?

-Chciałem zmienić mój styl. - odpowiada jak gdyby nigdy nic Adam.

-Ale?! Co oni o nas powiedzą?! No bo farbowanie włosów jest dla bab! Nie... Musisz coś z tym zrobić! Po co?! - May nie może najwyraźniej odżałować fryzury Lamberta.

-Słuchaj, nie wiem o co tak się denerwujesz, to tylko kłaki, a i tak nie Twoje. - wtrącam swoje trzy grosze.

-A co wy tam jeszcze kupiliście? - gitarzysta wyjmuje z rąk mojego przyjaciela reklamówkę z drogerii. - Może jakąś szminkę? Zrobimy sobie make-up, może pożyczymy jakieś peruki od Brecka? - rzuca z ironią mając na myśli transwestytę. Jego mina jest bezcenna, gdy uchyla uszy torebki i dostrzega kosmetyki. - Anthony, powiedz mi, że to Twoje... - dodaje słabo.

Wymieniamy z Adamem rozbawione spojrzenia. Po chwili on odzywa się.

-Nie, nie, To moje. - zabiera swoją własność z dłoni osłupiałego 60-latka. - Wiesz, muszę jakoś wyglądać...

-Ależ... po co Ci eyeliner i jakiś popieprzony lakier?! - Bri nie umie pohamować emocji. Pierwszy raz widzę go w takim stanie.

-Ej, ej... wyluzuj. - próbuję go uspokoić.

-Chryste, Anthony, nie wtrącaj się! - krzyczy. - Masz w tym się nigdzie nie pokazywać. Zrozumiałeś?! - pyta chłopaka.

-Będę robił z moją twarzą to, co będę chciał robić. - nieugięty czarnowłosy patrzy hardo w oczy May'owi. Czuję, że zaraz wybuchnie kłótnia. Żyję z wariatami.

-Stop! Przestańcie. Zachowujecie się jak dzieci. - usiłuję zapobiec większemu konfliktowi. - Adam, możesz malować się, chodzić na obcasach i czego dusza zapragnie..

-Dziękuję za pozwolenie. - kpiąco zwraca się do mnie chłopak.

-Przecież ja tylko staram się pomóc...

-Daruj sobie. - słyszę tylko, po czym z hukiem zamykają się drzwi do jego pokoju. Zostaję z gitarzystą sam na sam.

-Czemu tak się wściekłeś? To jego sprawa.

-Czy Ty nie rozumiesz , że to strasznie gejowskie?! - wybucha.

-Adam jest gejem.

-Jak to?! Ty nie mówisz na serio?!

-No tak. Mercury był bi. I jakoś Ci to nie przeszkadzało.

-I co z tego? Freddie to Freddie. A on...

-Słuchaj, znajdujesz gościa, który ma kawał głosu i niebywałą charyzmę. On jest przecież dorosły. Jego nie interesuje to, jakie masz włosy, albo że nie wyglądasz tak jak on by sobie życzył. Czemu Ty masz jakieś wymagania? - chwytam go za ramię. - Zawsze sądziłam, że jesteś tolerancyjny pod tym względem.

-Bo jestem.

-Jakoś nie umiem tego dostrzec.- rzucam chłodno.

-Nie rozumiesz pewnych rzeczy... - próbuje tłumaczyć się Brian.

-To mi je wyjaśnij.

-Ale to nie takie proste. - wykręca się, ale widząc moje spojrzenie zaczyna opowiadać. - Ja miałem już pewien plan... Jestem samotnym, starym człowiekiem.

-No nie przesadzaj Brian, bo zaraz tu w jakąś melancholię - mimo napiętej sytuacji uśmiecham się.

-Taka jest prawda. Ty masz już 22 lata, niedługo pewnie znajdziesz sobie męża, wyprowadzisz się i tak dalej. Nie będziesz miała czasu się ze mną spotykać. Urwie nam się kontakt. A Adam, jakby to powiedzieć - obawiałem się, że nie będzie chciał czasem przystać na moje i Rogera pomysły. Wykombinowałem sobie więc, że można by Ciebie i Lamberta spiknąć. Zresztą dobrze się dogadywaliście. Myślałem, że w ten sposób, będziesz spędzać z nami chociaż trasy koncertowe. A on tu nagle przychodzi z tym czymś - nerwowo gestykuluje wskazując swoją głowę. - I jeszcze wychodzi na jaw, że jest gejem. Mój plan runął.

Nie mogę powstrzymać śmiechu ani sekundy dłużej. Z moich oczu ciurkiem lecą łzy, a mi aż trudno złapać dech. Zginam się w pół i zasłaniam rozwartą dłonią usta. On jest szalony! Tylko ktoś, kto ma coś z mózgiem, mógł na to wpaść.

-Bri... - robię przerwę na oddech. - Powiedz.. że żart... żartujesz!

Wdycham powietrze aby się uspokoić, ale znów rechot przejmuje kontrolę nad moim ciałem.Boli mnie cała szczęka i mięśnie brzucha. Tracę panowanie, a w moich myślach są tysiące wizji romantycznych scen z moim współlokatorem.

-Wyba... Wybacz. - przykładam dłoń do czerwonej od śmiechu twarzy.  - Ale to ponad moje możliwości.Nie, nie dam rady. - kończę po czym znowu chichoczę.

-To jest poważna sprawa. Ja nie chcę zostać opuszczony.

-Oh, nie martw się, nie zostaniesz. - mówię, po czym go przytulam. - Gdzie ja bym znalazła takiego drugiego człowieka jak Ty? Ale powinieneś przeprosić Adama.

Brian w młodości :)

Jeżeli Wam się spodobało, serdecznie zapraszam do komentowania. Co sądzicie o zachowaniu Brian'a?